Translate

niedziela, 30 września 2018

Opowieści z Przeszłości - Rozdział II


 
Spis Treści 
Rozdział II - "...przyziemne zmartwienia"(obecnie czytany)
Rozdział III - "Za późno się zorientowałem..."
Rozdział IV - "Otaczała nas iluzja..."
Rozdział V - "Sami to zrobiliśmy..."
Rozdział VI - "Dopiero  dostrzegliśmy..."
Rozdział VII - "Gorzki posmak..."
Rozdział VIII - "Nadzieja umiera ostatnia..."
Rozdział IX - "...nauczka na przyszłość"



 - Jesteś gotowy na dalszą część? 
  - Tak, dziadku! 
... 
Wydaje się, że dzieciństwo to sielanka. W pewnym sensie tak. Ale w końcu trzeba iść dalej.  
Z biegiem lat dostrzegałem dzielące różnice między mną, a moimi przyjaciółmi z dziecięcych lat.  
Karola – mojego sąsiada i zarazem najlepszego kumpla - niezwykłego lenia, ale uzdolnionego piłkarza. Pomagałem mu w nauce. Chociaż nigdy nie miałem szóstek, a piątka wpadała od czasu do czasu – to wiedziałem, że oceny to nie wszystko. Lecz potrzebna była marna dwójka, aby przejść do kolejnej klasy. Jemu to starczyło.  
Póki pomagałem mu w nauce, póki uczestniczyłem w treningach piłki byliśmy kumplami. Wspólnym marzeniem było stanie się piłkarzami. Dołączyć do krajowej reprezentacji i podróżować po świecie.  
Ale czas zmienia wszystko. Zaczęło mi bardziej zależeć na nauce niż piłce. Od czasu do czasu opuszczałem treningi. Wolałem ten czas przeznaczyć na naukę albo poszukiwanie nowego hobby.  
Zawsze powtarzano mi, że mam dobry głos i zręczne palne. Normalnym było spróbowanie gry na instrumentach. Zależało mi na nauce gry na gitarze. Gitara zawsze przyciąga uwagę. A i dziewczyny zawsze lecą na gitarzystów.  
Na początku jakoś udawało mi się przetrwać lekcje. Tak. Dobrze usłyszałeś, przetrwać. Nauka gry na instrumencie wymagała ode mnie o wiele więcej wysiłku niż początkowo sądziłem.  
Odciski na palcach, liczne plastry oraz niewielkie efekty. Był to niekorzystny dla mnie interes.  
Tak po trzech, czterech miesiącach odpuściłem. Próbowałem jeszcze innych instrumentów takich jak – perkusja czy saksofon. Ale szybko rezygnowałem.  
Było jeszcze wiele innych rzeczy, których próbowałem. Snycerstwo – czyli rzeźba w drewnie. Dopóki nie rozciąłem sobie ręki na drugich zajęciach.  
Koszykówka, w którą próbował wkręcić mnie brat. Konstanty przygotowywał się do matury, a w tym czasie do testu gimnazjalnego.  
Kostek przez złamaną nogę, musiał spędzić w domu pół roku. Niestety nie mógł nadgonić z materiałem, więc postanowił powtarzać trzecią klasę liceum. Jakoś mu to zbytnio nie przeszkadzało. Co mnie trochę zdziwiło. Zwykle mawiał, że powtarzanie klasy będzie skazą na jego dumie.  
Oh... 
Tak. Masz rację. Za bardzo odbiegam. Wróćmy do koszykówki.  
Na drewnianych drzwiach garażu mieliśmy zamocowaną obręcz - służyła nam za kosz.  
Konstantyn siadał na ławce, mówiąc mi jak mam rzucać. Sporo rzeczy mnie nauczył, począwszy od prostego rzutu wolnego do rzutów dalekich i dwu taktu.  
A to tylko, gdy miał jeszcze nogę w gipsie. Gdy już mu go zdjęli musiał przejść rehabilitacje. A ćwiczenia z młodszym bratem to najlepsza forma rehabilitacji i przede wszystkim wsparcia.  
Może Kostek zgrywał, że go to nie rusza. Ale naprawdę martwił się, czy wróci do dawnej formy. Lecz z bratem takim jak ja zajęło mu to rok. Chociaż zawsze upierał się, że gdyby był sam nie trwałoby to dłużej niż kilka miesięcy.  
Tamten rok bardzo nas do siebie zbliżył. Wracając ze szkoły, siadaliśmy razem do nauki. Kostek często mi pomagał jak czegoś nie rozumiałem. Naprawdę potrafił nauczać. Miał do tego talent, a w szczególności, jeśli chodziło o matematykę. Nie ważne jakie to było zagadnienie od razu je rozumiał. Z zadaniami też nie miał żadnego problemu.  
Zawsze mówił, że jego drugą miłością zaraz po koszu jest matematyka. Co według mnie było trochę ironiczne i śmieszne. Miłośnik sportu radzi sobie z matematyką - królową nauk jak często ( wręcz za często ) powtarzał.  
Ale to właśnie dzięki nie mu zdałem ją na prawie dziewięćdziesiąt procent. Z czego niezwykle dumni byli moi rodzicie.  
Po nauce wychodziliśmy na dwór. Mama ostrzegała nas za każdym razem, żeby Kostek zbytnio się nie forsował. Ale zbytnio nie przejmowaliśmy się tym co mówiła nasza matka. Konstanty doskonale wiedział, kiedy powiedzieć dość. Nie byliśmy już dziećmi, a przynajmniej my tak uważaliśmy.  
Wieczory spędzałem z kumplami albo czytając książki. Zależało jak bardzo byłem zmęczony.   
Weekendy wyglądały podobnie. Rano nauka, do obiadu ćwiczyliśmy grę w kosza, a potem spotykałem się z kolegami.  
Im bliżej było do egzaminu tym mniej czasu z nimi spędzałem. Wtedy też Karol zaczął robić mi wyrzuty. Miał to mnie pretensje, że zapomniałem o naszym celu. O zastaniu wspólnie najlepszymi piłkarzami.  
Gdy mu powiedziałem, że wolę iść do liceum, a nie do szkoły sportowej to uznał, że go zdradziłem. Pokłóciliśmy się trochę oraz poszarpaliśmy. Reszta znajomych rozdzieliła nas. Skończyło się na tym, że Karol miał podbite oko, a ja rozciętą wargę.  
Lecz najgorsze było dopiero przede mną.  Jak moja matka mnie zobaczyła... Rozpętało się w domu istne piekło. Pierwszy raz widziałem ją taką wściekłą. Mówiła mi jak to bardzo się na mnie zawiodła, że lepiej mnie wychowała.  
Dostałem od niej szlaban na miesiąc. Zakaz spotykania ze znajomymi. O ironio. Właśnie z powodu zaniedbywania przyjaciół doprowadziłem do bójki.  
Następnie mama zabrała mnie do szpitala. Okazało się, że moją wargę trzeba zszyć. Do dzisiaj widać małą podłużną bliznę na dolnej wardze.   
Brat pocieszał mnie. Doradził mi, abym na tę bliznę podrywał dziewczyny. Tylko zamiast mówić o bójce z byłym kumplem, mam chwalić się, że powaliłem jakiegoś zbira.  
Żart całkiem niezły. Poprawił mi wtedy humor.  
Jakoś zbytnio nie przejmowałem się tą blizną. Mama jedynie powtarzała, że wyglądam jak gangster. Ale ona zawsze musiała wszystko wyolbrzymiać. Bardziej martwiła mnie sprawa z Karolem. Pierwszy raz się tak pożarliśmy. Nie wiedziałem co o tym myśleć. W końcu Karol był moim najlepszym kumplem.  
W ciągu kolejnych tygodni w ogóle nie rozmawialiśmy.  
Czułem się z tym źle. Ale nie mógł ode mnie oczekiwać, że się nie zmienię. Nie można żyć tylko w świecie marzeń. Trzeba trochę realniej patrzeć na świat.  
Ilu jest takich ludzi jak my? Ilu próbowało spełnić swoje marzenia o karierze piłkarskiej? Ilu w ogóle się to udało? 
Po za tym to nie było moje marzenie. Sam do końca nie wiedziałem kim, chcę być. A wszyscy wymagali ode mnie decyzji.  
A ja miałem tylko piętnaście lat! Co ja wiedziałem o świecie?  
Praktycznie nic. Przez całe swoje dotychczasowe życie mieszkałem na wsi. Zdarzały się jakieś wyjazdy albo inne okazje. Lecz nic z tego nie pomogło mi w żaden sposób się odnaleźć.  
Takie myśli krążyły po mojej głowie do egzaminu gimnazjalnego.  
Nie bardzo pamiętam tamten okres. Mimo, że nie byłem zdenerwowany tak jak inni to w głębi miałem małe wątpliwości.  
A może za mało się uczyłem? A co jak czegoś zapomnę? A jak …. 
Gdy tylko o tym pomyślałem, musiałem się z tego jakoś otrząsnąć. O rade zapytałem mojego brata.  
Mimo, że w tym samym okresie miał maturę wydawał się tym w ogóle nie zdenerwowany. A nawet powtarzał, że już wybiera sobie na jakie studia pójdzie. Zdawało mi się, że jest trochę zbyt pewny siebie. Ale on powiedział mi, że to tylko egzaminy. Zda się je albo nie. Są rzeczy od nich o wiele ważniejsze.  
I miał rację. Egzaminy to tylko egzaminy zawsze można podejść do nich jeszcze raz. A nie zdanie testu nie zniszczy mojego świata.  
Bardzo mnie to uspokoiło. Dzięki takiemu myśleniu mogłem ze spokojem podejść do testów.  
A one okazały się proste. Prawie ze wszystkich miałem po osiemdziesiąt procent. Najgorzej poszły mi jedynie nauki przyrodnicze - aż sześćdziesiąt procent. Nigdy jakoś nie przepadałem za chemią czy biologią.  
Lecz testy w porównaniu z wyborem dalszej ścieżki były prościutkie.  
Z jednej strony mój wybór nie był trudny. Jedyne liceum było w mieście oddalonym o jakieś dwadzieścia kilometrów - to samo do którego uczęszczał Kostek.  
Problemem był wybór profilu. Chciałem iść na ogólny. Niestety takiego w tej szkole już nie było. Musiałem podjąć decyzję na czym mam się skupić. Trzeba było brać pod uwagę przyszłość - studia i przyszła kariera.  
Nie potrafiłem zdecydować się co do profilu, a co dopiero powiedzieć o studiach.  
Brat radził mi profil matematyczno-fizyczny. Sam był mat-fizem i zaoferował mi swoją pomoc. Rodzice w żaden sposób nie naciskali na mnie. Powiedzieli, że to tylko i wyłącznie mój wybór. Oni zgodzą się ze wszystkim.  
Jedyna rzecz, o której miałem pamiętać to, że trzeba wybrać taki zawód, aby były po nim pieniądze.  
Szczerze to zasugerowałem się radą Konstantego. Z matmy jakoś sobie radziłem. Lepiej niż z chemii i biologii - których szczerze nienawidziłem. Długo zastanawiałem się między geografią, a fizyką. O profilu polonistycznym w ogóle nie myślałem. Mówiło się, że poloniści pracy nie znajdują, więc odpuściłem. Poza tym zamiłowanie do książek nie jest tym samym co zamiłowanie do języka polskiego, czy historii.  
W ostateczności zdecydowałem się na geografię. Wydawała się prostsza od fizyki. Bo co może być trudnego w geografii 
Och...  
Jak bardzo się wtedy myliłem. Mój nauczyciel geografii był okropnie wymagający. Ogółem nie miałem nic do takich nauczycieli, nawet ich lubiłem. Jeśli przekazywali nam, uczniom, potrzebną wiedzę i tego wymagali - to byli moimi ulubieńcami.  
Ale pan Grzegorz był zupełnie innym typem nauczyciela. Nie mogę się nie zgodzić. Lekcje prowadził dobrze, Przekazywał nam ważne informacje oraz wyrabiał się z materiałem. Nie to co moja nauczycielka chemii – ale na szczęście miałem ją tylko rok.  
Lecz wróćmy do geografii. Pan Grzegorz miał jednak wadę. Był strasznie surowy. Na pierwszej lekcji to on nam wybrał miejsca, gdzie mamy siedzieć - jak w podstawówce! Ale w tym człowieku coś było. Uczniowie słuchali się go, ponieważ się go bali. Roztaczał wokół siebie specyficzną aurę. Mówiła ona – nie zadzieraj ze mną.  
I nikt nawet nie śmiał. Ten człowiek wymagał on nas, abyśmy na pamięć wykuwali tabelki zbóż z poprzednich lat. Ale i nie tylko. Mieliśmy zapamiętać każdy diagram czy tabelkę - nie ważne, że to było bezsensowne. Takie rzeczy zmieniały się nawet co miesiąc.  
Albo mieliśmy znać wszystkie dopływy Wisły - nawet te najmniejsze. To było istne piekło. Każdy z mojej klasy chodził z notatkami i wykuwał je na pamięć.  
A sprawdziany... 
W pierwszym roku mieliśmy mapki. Czyli sprawdziany z położenia krajów i stolic. Najgorsza wbrew pozorom była Europa. Nauczyciel powiedział, że musimy umieć nie tylko położenie krajów i nazwy stolic, ale też zaznaczyć stolice – co do milimetra!  
Do dzisiaj nie wiem, jak to zdałem. Chyba po prostu mi się poszczęściło.  
Ale były też zwykłe sprawdziany. Pytania potrafiły dotyczyć ogólnych rzeczy, lecz też naprawdę nieistotnych rzeczy jak tabelki importu i eksportu Brazylii z lat 2016/17.  
Okropieństwo. Kiedyś wykłócałem się z nim o ćwierć punktu do czwórki! A chodziło o banalną rzecz. Był to sprawdzian z jakieś wycieczki. Zamiast Droga Mleczna napisałem Nasza Galaktyka. A to przecież to samo. Lecz dla pana Grzegorza to dwa zupełnie inne pojęcia.  
Inne przedmioty albo nie były w ogóle problematyczne albo równie kłopotliwe co geografia.  
Matematyka w żadnym wypadku nie sprawiała mi problemów. Czasami droczyłem się z nauczycielem, ale nie było to uciążliwe.  
Fizyka, chemia i geografia, mimo że nie były przeze mnie szczególnie lubiane to dało się przeżyć ten ostatni rok. Tamci nauczyciele zbytnio się nami nie interesowali. Nie byliśmy profilem, który mieli przygotować do matury, więc nie było z nimi problemu.  
Wiedza o społeczeństwa (W.O.S.) i wiedza o kulturze (W.O.K) natomiast były okropnie nudne. Już wolałem siedzieć na biologii niż na Wok-u. Wos był sam w sobie nudny. Polityka mnie nie interesowała. Znałem podstawowe rzeczy jakie działy się w państwie. 
Zwykle na lekcjach Wos-u wszczynaliśmy z nauczycielem polityczne “pogawędki”. A raczej burzliwe debaty. Często byliśmy uciszani przez nauczyciela. Ale przynajmniej nie było nudno.  
Inaczej sprawa miała się z Wok-iem. Nauczycielka prowadziła lekcje nie zmieniając tonu głosu, który wręcz usypiał. Nie raz zdarzyło mi się usnąć na tej lekcji, ale koledzy budzili mnie. Czasami ja ich. Taka symbioza.  
Wychowanie fizyczne jak w-f. Od lat taki sam. Tylko, że byliśmy jedyną klasą koedukacyjną z   w-f w całej szkole! Dyrektor uznał, że to dobry eksperyment. Skończyło się na tym, że prawie każda lekcja w-f kończyła się wizytą u pielęgniarki.  
A to skręcona kostka, krwotok z nosa albo drobne zwichnięcia. Lecz to nie był koniec zabawy. Od czasu do czasu działo się coś poważniejszego. Kolega wybił sobie bark przy grze w kosza. A po pół roku wypadł mu drugi. Innym razem zemdlała nam dziewczyna. Miała jakieś problemy z oddychaniem. Nie bardzo pamiętam jakie, ale nie mogła się przemęczać.  
Każda lekcja w-f była stresująca - może to trochę za mało powiedziane – dla naszej nauczycielki Barbary.  
Pani – raczej powinienem mówić pani profesor - Barbara ostrzegała nas przed każdą lekcją. Mieliśmy na siebie uważać. Podobno jak wchodziła do pokoju nauczycielskiego to wszyscy nauczyciele pytali, jak minął jej wf z mat-geo. Powiedziała nam, że w dni, gdy nic nikomu się nie stało to klaskali. Ile z tego prawdy to nie wiem.   
A czas wolny? 
Jaki czas wolny? 
Autobus do szkoły miałem parę minut wpół do siódmej. Do przystanku daleko nie miałem. Zaledwie półtorej kilometra. Autobusem jechałem około czterdzieści minut, więc na dworcu byłem dwadzieścia po siódmej albo i wcześniej.  
Lekcje kończyłem mniej więcej po drugiej, a w domu byłem około czwartej. Normalną rzeczą było odrabianie lekcji, więc przystąpiłem do tego.  
Skończyłem po dwudziestej pierwszej, a nawet niczego nie powtórzyłem. I tak codziennie. A w weekendy powtórki do czternastej. Rzadko udawało mi się znaleźć czas na spotkania ze znajomymi.  
Jedyną rzecz na jaką chciałem za wszelką cenę znaleźć czas była koszykówka. Starałem się trenować z Kostkiem dwa razy w tygodniu. W środy, ponieważ miałem ostatnią religię - z której co jakiś czas się zrywałem - mogłem mieć treningi. Drugi odbywał się w niedzielę i był tym cięższym treningiem.  
Ogółem miałem bardzo napięty grafik, ale Konstanty mówił, że to normalne. Większości uczniom, którym zależało na przyszłości mieli tak ograniczony czas.  
Mimo wielu zmartwień dawałem radę. W końcu Kostek sobie poradził, to czemu ja nie miałbym? 
Lecz nie patrząc na obowiązki i trudy jakie wiązały się z liceum, miało ono swoje plusy. Najbardziej lubiłem różne szkolne wydarzenia. Dzień sportu, w którym aktywnie brałem udział. Dzień patrona szkoły czy niepodległości. Organizowali to uczniowie – tak jak chcieli. Od przedstawień, po występy muzyczne i gdy organizowany był tylko apel - najkrótszy i najmniej pożądany przez uczniów.   
Dlaczego? 
Im dłuższy był spektakl tym mniej mieliśmy lekcji.  
Najlepszy był Koncert Mikołajkowy. Coś na co czekał każdy uczeń w mojej szkole. Ciekawe występy uczniów - od tanecznych po muzycznych, czy parodii. Do tego liczne aukcje – od słodyczy, przez książki, płyty czy inne przyniesione przez uczniów rzeczy. A zebrane pieniądze idą na jakiś szczytny cel.  
Raz ze znajomymi kupiliśmy kalendarz z zdjęciami naszych nauczycieli. Ci najgorsi mieli zaszczyt zastania tarczą na rzutki.  
Ale dla mnie Koncert był szczególnie wyjątkowy. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem Karolinę.  
Tak. Zgadza się. Twoją babcię.  
Zobaczyłem ją jak weszła na scenę. Ubrana w czerwoną sukienkę, a w czarne włosy wplecioną miała wstążkę.  
Wychodząc na środek delikatnie się ukłoniła publiczności. Prawie niezauważalnie rozejrzała się po widowni. Wszyscy byli skupieni na niej. W końcu jej występ miał być tym finałowym.  
Karolina nerwowo podeszła do fortepianu. Usiadła przy nim. Wzięła głęboki wdech i zaczęła grać.  
Muzyka rozchodziła się po sali. Poważna, ale zarazem wzruszająca. Nie można było się od niej oderwać. Przynajmniej ja tak miałem. Mógłbym tego słuchać i całą wieczność.  
Sonata Księżycowa Ludwiga von Beethovena. O tym jak nazywał się ten utwór dowiedziałem się dopiero podczas lekcji z Karoliną.  
Po występie chciałem zagadać do Karoliny, lecz nie mogłem jej znaleźć. Od jednej z jej koleżanek dowiedziałem się, że musiała wcześniej wyjść.  
Spotkałem się z nią dopiero parę dni po Koncercie.  
Dowiedziałem się, że Karolina jest ode mnie o rok starsza, ale dopiero w tym roku dała się namówić na występ.  
Próbowałem z nią zagadać, lecz była ona typem nieśmiałka. Wyzwaniem stało się dogadanie z Karo.  
Nieśmiała osoba, która z początku zdawała się chłodna oraz zdystansowana. Trochę zajęło mi dogadanie się z nią. Ale opłaciło się.  
... 
  - Dziadku, ale jak dokładnie zaczął się twój związek z babcią? 
  - O tym jutro. Musisz iść spać.  
  - Ale... 
  - Idź. Będę na ciebie czekać.