Translate

sobota, 20 października 2018

Nowe (pierwsze) Logo

Od dawna myślałam nad jakimś znakiem, logiem. Takim, który mogłabym umieszczać na pracach w digitalu albo na zdjęciach. Taki, który kojarzyłby się z moim blogiem. Ze mną. 
Długo to zajęło zanim zaprojektowałam coś co mi odpowiada. 
Miało to być coś prostego, ale i przykuwającego uwagę. 
Myślę, że mi się to udało. 
A wy co myślicie?


Trochę o znakach zodiaku - Byk

Spis Treści

Baran: 21.03 - 19.04

Byk: 20.04 - 22.05 (obecnie czytany)

Bliźnięta: 23.05 - 21.06

Rak: 22.06 - 22.07

Lew: 23.07 - 23.08

Panna: 24.08 - 22.09


Skorpion: 23.10 - 21.11

Strzelec: 22.11 - 21.12
Koziorożec: 22.12 - 19.01
Wodnik: 20.01 - 18.02
Ryby: 19.02 - 20.03

Bykiem jest ten kto miał to szczęście urodzić sie między 20 kwietnia, a dwudziestym drugim maja. 

Żywiołem dla byków jest ziemia. Znaczy to tyle, że są przyziemne i nie dają ponieść się emojcom. Rzadko też bujają w obłokach. A spontaniczne decyzje są dla nich obce - wolą przemyśleć i zanalizować zanim się zdecyduję.


- Chociaż z doświadczenia powiem, że byki potrafią podjąć spontaniczne decyzje. Pod wpływem chwili nie raz wyruszyłam z rodzicami  na jakąś wycieczke. -



Podobno są miłośnikami natury. Wolą przebywać na łonie natury niż wielkich miastach. Czują się silnie związani z przyrodą i to tam szukają ukojenia dla nerwów. 



- Tu akurat się zgodzę. Moi rodzice uwielbiają spędzać czas w ogrodzie. Raczej mogę powiedzieć, że ich wspólnym hobby jest ogrodnictwo. -



Niektórzy postrzegają byka jako snoba. Lubią otaczać się dobrymi jakościowo produtkami. Uwielbiają przebywać w dobrym towarzystwie, delektując się kulturą wysoką. Opera, teatry, muzeam...



- Może z jednej strony to jest snobizm, ale kto z nas nie lubi otaczać się wartościowymi rzeczami. Kto z nas nie lubi dobrze zjeść albo mieć coś ładnego? -



A w miłości byki są stałe. Zależy im na głebokiej i długotrwałej relacji. Chcą czuć się bezpiecznie oraz komfortowo, więc starają się zapewnić to swojemu partnerowi/partnerce oraz rodzinie. 


Lecz nasze byczki posiadają pewne wady. Bywają apatyczne oraz powolne. Obierają tylko jedną drogę do celu i nie da rady ich od tego odwieść. Nawet jeśli czyjaś droga byłaby o wiele łatwiejsza, one i tak pozostaną przy swoim. 


 - Czasami naprawdę trudno przemówić bykowi do rozumu, pokazać mu inną drogę. Trzeba do tego sporo cierpliwości i wyczucia czasu.  -



Mimo, że byki są przeważnie spokojne to lepiej ich nie prowokować. Rozgniewwane potrafią nieźle dać w kość. W końcu po coś mają te rogi, co nie?




niedziela, 14 października 2018

Studia - co o nich myślę?

Od października oficjalnie jestem studentką na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. 

Jak wielu słyszałam o tym jak wyglądają studia. Czego mam się spodziewać oraz co zrobić, aby nie mieć problemów z wykładowcami. 
Większość, a raczej całą wiedzę jaką posiadałam na ten temat pochodziła od moich rodziców. 
Często słyszałam, aby nie narazić się w żaden sposób wykładowcom. 
A najgorszym "grzechem" było złe tytuowanie wykładowców. 
Lecz to po części okazało się prawdą. Nie jest to, aż tak źle odbierane. Ale bezpieczniej - jak nie znamy tytułów wykładowcy - nazywać go profesorem. 
Nie ma też takiego straszenia ani wyolbrzymiania jak mi mówiono.
Najważniejszą rzeczą jaką trzeba zapamiętać względem wykładowców jest traktowanie ich jak ludzi. 
To nie żadne potwory czyhające na biednych studentów. 
To zwykli ludzie. Jeśli my jesteśmy wobec nich fair to oni są wobec nas. 

A wykłady?
Jestem na kierunku, który mnie interesuje, dlatego wykłady to dla mnie przyjemność. 
Ciekawe tematy wykładów oraz interesujący przebieg konwersatorium. 
Wykładowcy mówią jasno i nie ma problemu z robieniem notatek.

Jak się przygotować?
Rzeczą niezbętną jest zeszyt. Najlepszy jest jeden zeszyt do wszystkiego - ten z wyrywanymi kartkami. 
Po co się męczyć i nosić cztery, czy pięć zeszytów skoro można jeden?
W domu można wszystko posegregować do odpowiednich segregatorów albo teczek. 
Jest o wiele wygodniej. 

Co z ludźmi?
To nie liceum, czy gimnazju. Studenci nie dzielą się na takie grupy tak we wsześniejszych latach. To dopiero pierwsze dni, ale mam wrażenie, że nie będzie tu takiego wyścigu szczurów jak w liceum. Bez problemu ktoś zawsze udzieli informacji, czy pożyczy notatki.

A minusy?
Na razie żadnych nie widzę. Poczekamy do sesji i się przekonamy.

A naprawdę to minusem jest dojazd. Nie mam akademika ani mieszkania, więc dojeżdżam - jest po prostu taniej. 
Dojazd w jedna stronę to mniej więcej półtorej godziny. 
Ale nie lubię marnować czasu, więc przeznaczyłam ten czas na opracowanie lektur oraz powtórki. Dlatego na dłuższą metę do raczej niezła motywacja. 

sobota, 13 października 2018

Smoczyca Felicity

Jeśli ktoś uważa, że ludzka wyobraźnia gdzieś się kończy to się myli.
Ostatnio do głowy wpadł mi pomysł na koncept postaci. Czy coś większego z tego wyjdzie, to czas to zweryfikuje.
Jak na razie przedstawiam Wam dziewczynę pół-smoka, pół-człowieka. 
Bohaterka - Felicity - należy do klanu smoków lodu i ognia. 
Te dwa przeciwstawne klany postanowiły zakończyć trawące je wojnę. Głowy rodów uznały, że utwierdzeniem pokoju będzie małżenstwo ich dzieci. Dziedziczka smoków lodu zawarła małżenstwo z paniczem rodu ognia. Na ich szczęście to oni przekonali (czyt. zmusili) swoich rodziców do pokoju. 
Z tej miłości narodziła się przedstawiona ponieżej dziewczyna. 
Spadkobierczyni dwóch potężnych rodów. 
Na rysunku pokazana w swojej smoczej postaci. Jak widać ma skrzydła, więc potrafi latać. Posiada zdolność ziania oraz manipulacji ogniem jak i lodem. 
Zależy jej przede wszystkim na pokazaniu wszystkim, że jest przyszłością zjednoczonych klanów. Pragnie pokazać, że jest coś warta.     
Przybory:
- markery na bazie alkoholu (Touch, Copic Ciao, Propic)
- ołówek HB (szkic)
- papier o gramaturgi 160 marki Canson
- cienkopisy o szerokości 0,5 / 0,4 / 0,3 i 0,05

niedziela, 7 października 2018

Gra:Poznaj(my) się - Rozdanie 7

"Gra Poznaj(my) się " została zainicjowana przez Yumi Mizuno na jej blogu. Jest to coś w stylu Q&A. Mamy pytania i na nie odpowiadamy. Jeśli chcecie wiedzieć więcej albo sami wziąć w tym udział zapraszam na bloga Yumi klik



181. Z pewnością każdy z nas ma już jakiś etap nauki za sobą. Przed jego rozpoczęciem rodzice i starsi znajomi opowiadali nam o tym czasie. Teraz wspominając co było prawdą, a co kłamstwem z tego co mówili np o podstawówce czy przedszkolu Twoi bliscy? Moi rodzice nigdy nie obwijali w bawełnę. Zawsze mi mówili jak naprawdę wygląda szkoła i mieli rację.  


182. W jakich fandomach jesteś? Którą z postaci w każdym ze swoich fandomów darzysz największą sympatią? 

Jestem w wielu fandomach. Lepiej ich wszystkich nie wymieniać. Ale moimi ulubionymi jest: 
Naruto! Dość oklepane, ale to moje pierwsze anime jakie w życiu obejrzałam. A najbardziej uwielbiam Itachiego Uchihe 
Kuroshitsuji – i tu też nikogo raczej nie zadziwię. Ulubioną postacią jest Sebastian Michaels 
Death Note – i tu również nikt nie zostanie zaskoczony, ponieważ jest to L.  



183. Jak wagę odgrywa wygląd podczas budowania Twojej opinii o osobniku płci przeciwnej? 

 Chciałabym powiedzieć, że żadnej. Ale jesteśmy głównie wzrokowcami. Ogółem nie obchodzi mnie jak ktoś wygląda. Ważne, żeby dbał o higienę.np. Nie chodził z przetłuszczonymi włosami, czy w brudnych ubraniach. 



184. Gdybyś mógł (mogła) zamienić się w cokolwiek i zamieszkać gdziekolwiek to czym był był(a) i gdzie byś zamieszkał(a)? 

Chciałabym być wilkiem. Czuję, że to zwierzę jest wyjątkowe. I na pewien sposób podobne do mnie. Silne, wytrwałe oraz rodzinne.  
A chciałabym zamieszkać w Norwegii. Tamtejsze krajobrazy po prostu mnie oczarowały.  



185. Wyobraź sobie, że masz dostać skrzydła, obojętnie jakie, owadzie, ptasie, nietoperze i tak dalej, i tak dalej. Czy jesteś w stanie je opisać? Jak by wyglądały? 

Jeśli miałabym dostać skrzydła to widziałabym je jego duże, masywne skrzydła z piórami. A ich kolor byłby fioletowy. Taki intensywny. Od pleców pióra stopniowo stawałyby się jaśniejsze.  
186. Po seansie jakiego filmu miałeś/miałaś tak mieszane uczucie, że nie byłeś/byłaś w stanie określić, co o nim myślisz? Takie "WTF, co ja właśnie zobaczyłem/zobaczyłam?" 
“Millerowie” Rawsona M. Thurbera 
To pierwszy film jaki przyszedł mi na myśl. W życiu podobnego nie widziałam. 


187. Chyba każdy, w mniejszym lub większym stopniu, miał kiedyś styczność z serią Pokemon. Jakie są Twoje odczucia względem tej kreskówki - lubisz, nie lubisz, jest Ci obojętna? Masz swojego ulubionego Pokemona, trenera, bardziej do gustu przydały Ci starsze czy nowsze odcinki? 
Akurat jestem wychowana na samych początkach tej serii. Pamiętam jak Ash poznał Pikachu i jego pierwszą podróż. Kolejne serie jakoś zaczynały mnie nudzić. Szczerze to się powtarzał schemat. Ash pojawiał się w nowym regionie, zdobywał pierwszego pokemona i przyjaciela – na którego wpadł dosłownie albo w przenośni. Potem podróżował i zdobywał odznaki oraz nowych przyjaciół (ludzi i pokemony). A na koniec cały jego trud szedł na marne, ponieważ przegrywał ten najważniejszy turniej. A jego przyjaciele odnosili mniejszy lub większy sukces. A w międzyczasie przeszkadzał zespół R. Im więcej sezonów się pojawiało tym bardziej traciłam zainteresowanie pokemonami. I prawie bym zapomniała!  
Ash zawsze spotykał legendarne pokemony! 
Chociaż zdążały się ciekawy wątki. Np. Zespół R jeden cały sezon wygrywał i miało dość do punktu kulminacyjnego, lecz nagle przegrali. I cały wątek się zmarnował.  
Był jeszcze jeden, który mogli ciekawie rozwinąć. Teraz nie mogę przypomnieć sobie imienia tego chłopaka. Ale to był zielonowłosy chłopak, który rozumiał pokemony. Jego umiejętność była niesłychana i starano się go pojmać. Lecz w pewnym momencie gdzieś ten wątek zniknął. I więcej się nie pojawił. A szkoda, zapowiadał się naprawdę dobrze.  
Jak już mam je oglądać to tylko pierwszą serię. 
A moją ulubioną postacią jest Brok. Po prostu go uwielbiam! Potrafił całkiem nieźle gotować oraz podrywał każdą dziewczynę. Zawsze można było się pośmiać z Broka, a w szczególności gdy Misty albo Croakgunk  zatrzymywali jego zaloty.  
  
188. Co sądzisz o wolnych związkach? (wspólne mieszkanie przed małżeństwem, ogólnie samo zjawisko małżeństwa, partnerstwa) Jak to oceniasz? 
Szczerze to mnie to za bardzo nie interesuje jaki związek łączy dwoje ludzi, jeśli tylko nie jestem w to zamieszana. Taka sytuacja w ogóle mi nie przeszkadza.  
Nawet jeśli mój partner nie chciałby małżeństwa albo chciałby zamieszkać razem nie przeszkadzałoby mi to.  
189. Najdziwniejsza/najbardziej ekscentryczna rzecz, jaką kiedykolwiek nabyłeś/? 
Szczerze to nie ma takiej rzeczy.  



190. Czy czujesz pewnego rodzaju lęk/dyskomfort mając nocą otwarte drzwi i odkryte stopy? 
W ogóle mi to nie przeszkadza. Zawsze w nocy się odkrywam, bo się wiercę. A drzwi otwarte czy zamknięte nie robią mi różnicy.  
191. Stwarzanie sobie problemów na siłę - czy nie uważasz, że stało się to nałogiem niektórych osób? Jak myślisz, czego jest to powodem? Możesz powiedzieć o sobie, że stwarzasz sobie niepotrzebne problemy? 
Myślę, że stwarzamy sobie problemy, gdy się czegoś boimy np.. Jakieś znaczącej zmiany w naszym życiu. Szukamy czegoś co pomoże nam odwlec to zdarzenie w czasie, więc tworzymy problem, którym musimy się zająć.  
Też tak czasami robię, ale staram się z tym walczyć. I przede wszystkim przeanalizować czy ten problem faktycznie istnieje.  
192. Dlaczego tak wielu ludzi nie akceptuje siebie? 
Wielu ludzi porównuje się do innych. Nie potrafią dostrzec swoich zalet, tylko widzą same wady.  
193. Jak odniesiesz się do pojęcia fatum? Czy czujesz, że spoczywa również na Tobie? 
Dla mnie fatum jest tylko usprawiedliwieniem niepowodzeń oraz porażek. Niektórzy ludzie nie potrafią dostrzec swoich błędów i uważają, że to wina innych.  
194. Co daje ludziom sława? Dlaczego dążą do tego, by być popularnymi za wszelką cenę? Co sądzisz o osobach, które słyną z niezbyt pochlebnych rzeczy i są z tego dumne? 
Sława daje ludziom pieniądze oraz popularność. Ale nie jest warta tego, aby dążyć do niej po trupach. Osoby, który chełpią się swoimi niepochlebnymi czynami są moim zdaniem żałosne. I trochę mi ich żal, ponieważ muszą być strasznie samotni.  
195. Wyobraź sobie, że w progu Twojego mieszkania staje Twój najbliższy przyjaciel. Jego wzrok jest szalony, a ubranie zakrwawione. Twierdzi, że kogoś zabił. Jak reagujesz na te słowa? Bez względu na motyw zbrodni stajesz po stronie przyjaciela czy sprawiedliwości? 
Znając moich przyjaciół - a konkretniej pewną przyjaciółkę - to byłby to żart. Próbowałaby mnie wkręcić za wszelką cenę. Umazałaby się sztuczną krwią i waliła jak opętana w moje drzwi. Namówiłaby kogoś, aby udawał martwego. A ja jako taka naiwna istotka uwierzyłabym jej i pomogła. A potem śmiałaby się ze mnie, że jej uwierzyłam.  
196. Z jakimi zapachami kojarzą Ci się poszczególne pory roku? 
Lato z zapachem świeżo skoszonej trawy. Jesień z zapachem deszczu. Zima z zapachem ciepłych pierników, a wiosna z kwitnącymi kwiatami z mojego ogrodu.  
197. Miałaś okazję być na jakimś koncercie? Jeśli tak, to na jakim, jak wspominasz to wydarzenie? Natomiast jeśli nie miałaś okazji uczestniczyć w żadnym, kogo chciałabyś usłyszeć i zobaczyć na żywo? 
Byłam już na dwóch, ale tego pierwszego zbytnio nie pamiętam, ponieważ byłam za mała. Koncert jaki mi się podobał odbył się w gimnazjum. Grał na nim Kamil Bednarek. Koncert strasznie mi się podobał i naprawdę świetnie się bawiłam z rodziną.   
198. Załóżmy, że Indianie naprawdę nadawali sobie tak cudaczne imiona jak Siedzący Byk czy Mrucząca Wiewiórka. Jakie imię przyjęłabyś będąc młodą indiańską dziewoją? No i dlaczego? 
Cicha Woda. Chyba każdy słyszał kiedyś piosenkę “Cicha woda” Zbigniewa Kurtycza 
202. Bycie dziewicą/bycie prawiczkiem - powód do dumy czy wstydu dla współczesnego nastolatka 
Bycia dziewicą czy prawiczkiem nie jest powodem do żadnego wstydu. W dzisiejszych czasach bardziej powodem do dumy. Myślę, że oznacza to bycie nie rozwiązłym. Dzisiejsza młodzież traktuje to jako coś okropnego i jak najszybciej musza przeżyć swój pierwszy raz – nawet jeśli nic nie czuje się do drugiej osoby.  
204. Lepiej jest być najlepszym wśród najgorszych czy najgorszym wśród najlepszych? Dlaczego? 
Uważam, że lepszym rozwiązaniem jest być najgorszym wśród najlepszych, ponieważ zawsze jest do czego dążyć. A jeśli jest się najlepszym wśród najgorszych to nie można się rozwijać. Uważa się wtedy, że osiągnęło się już szczyt.  
205. Co narysowałabyś, gdyby Twój rysunek mógł stać się żywą osobą bądź przedmiotem? 
Cienia z mojego opowiadania pt. “Opowieść o pewnym Cieniu” 
207. Każdy z nas się czegoś boi, jakiś zwierząt, przedmiotów, czy ludzkich odruchów. Przed czym Ty odczuwasz lęk? Jak sobie z nim radzisz i skąd się u Ciebie wziął? 
Boję się dwóch rzeczy. Pająków i igieł. Obydwa są całkowicie irracjonalne i nie wiem skąd się wzięły. Po prostu od zawsze bałam się igieł oraz pająków. Było to najgorsze w dzieciństwie. Ale jakoś udało mi się je w pewnym stopniu zwalczyć. 
Pająków już prawie się nie boję. Mogą przebywać ze mną w tym samym pokoju, byle nie blisko łóżka.  
A co do igieł... Chciałam z tym walczyć, ale nie mam jak. Z powodów zdrowotnych nie mogę oddawać krwi i nie ma, jak dać się nakłuwać. Ale na pewno jest mniejszy niż w dzieciństwie. Teraz przynajmniej nie mam ataku histerii, tylko jest mi słabo.  
209. Czy muzyka faktycznie łagodzi obyczaje? 
Zależy jaka muzyka. Spokojna, melodyjna uspokoi, a dynamiczna oraz głośna rozbudzi nas. Muzyka może też wprowadzić nas w melancholijny nastrój albo spowoduje u nas gęsią skórkę.  
210. Którego z żywiołów boisz się najbardziej i dlaczego? 
Najbardziej boję się ognia. Chociaż trochę to ironiczne, ponieważ umiem dostrzec jego piękno. Ogień to jedno z większych wyzwań do narysowania.  
Ale boję się go, ponieważ jest nieobliczalny. Człowiek stara się nad nim panować. A gdy spuści go z oczu, chociaż na chwilę może stać się coś naprawdę okropnego.

sobota, 6 października 2018

Recenzja serialu "Marlon" z Netflixa

Ostatnio szukałam serialu odpowiedniego na luźne wieczory po trudach dnia codziennego. Bez zawiłej fabuły i skomplikowanych zwrotów akcji. W skrócie czegoś z dużą dozą humoru. Czegoś co pozwoli się odprężyć i rozbawi nas. 
Strzałem w dziesiątkę okazał się serial komediowy "Marlon" na Netflix. 
Jest to amerykański sitcom, a podstawą takiego serialu jest śmiech, śmiech i jeszcze raz śmiech. 
"Marlon" opowiada o tytuowym głównym bohaterze - Marlonie. Z zawodu jest youtuberem, dość popularnym. Swoją sławę zdobył, dzięki nagrywaniu swojej rodziny. 
Akcja serialu dzieje się po jego rozwodzie - który ku zaskoczeniu wszystkich przebiegł znakomicie i bezproblemowo. Odwrotnie niż jego małżeństwo z Ashley. 
Marlon po rozwodzie stara się być dobrym ojcem dla dwójki swoich dzieci - Marley i Zacka oraz godnym zaufania przyjacielem Ashley. 
Lecz nie zawsze wszystko idzie zgodznie z myślą Marlon'a. Jest to osoba o silnym charakterze oraz specyficznym poczuciu humoru. 
To właśnie on jest źródłem śmiechu w całym serialu. 
Jego pogląd na świat i relacje z innymi dają mu duże pole do popisu. 
I jest ono bardzo umiejętnie wykorzystywane. 
Serial "Marlon" wydaje się kolejnym amerykańskim sitcomem z przewidywalną fabułą. Lecz tytułowy bohater jest nieszablonowy i nie jeden raz was zaskoczy. 
Jeśli ktoś z was szuka luźnego, śmiesznego serialu na rodzinne bądź samotne wieczory, polecam właśnie ten. 



niedziela, 30 września 2018

Opowieści z Przeszłości - Rozdział II


 
Spis Treści 
Rozdział II - "...przyziemne zmartwienia"(obecnie czytany)
Rozdział III - "Za późno się zorientowałem..."
Rozdział IV - "Otaczała nas iluzja..."
Rozdział V - "Sami to zrobiliśmy..."
Rozdział VI - "Dopiero  dostrzegliśmy..."
Rozdział VII - "Gorzki posmak..."
Rozdział VIII - "Nadzieja umiera ostatnia..."
Rozdział IX - "...nauczka na przyszłość"



 - Jesteś gotowy na dalszą część? 
  - Tak, dziadku! 
... 
Wydaje się, że dzieciństwo to sielanka. W pewnym sensie tak. Ale w końcu trzeba iść dalej.  
Z biegiem lat dostrzegałem dzielące różnice między mną, a moimi przyjaciółmi z dziecięcych lat.  
Karola – mojego sąsiada i zarazem najlepszego kumpla - niezwykłego lenia, ale uzdolnionego piłkarza. Pomagałem mu w nauce. Chociaż nigdy nie miałem szóstek, a piątka wpadała od czasu do czasu – to wiedziałem, że oceny to nie wszystko. Lecz potrzebna była marna dwójka, aby przejść do kolejnej klasy. Jemu to starczyło.  
Póki pomagałem mu w nauce, póki uczestniczyłem w treningach piłki byliśmy kumplami. Wspólnym marzeniem było stanie się piłkarzami. Dołączyć do krajowej reprezentacji i podróżować po świecie.  
Ale czas zmienia wszystko. Zaczęło mi bardziej zależeć na nauce niż piłce. Od czasu do czasu opuszczałem treningi. Wolałem ten czas przeznaczyć na naukę albo poszukiwanie nowego hobby.  
Zawsze powtarzano mi, że mam dobry głos i zręczne palne. Normalnym było spróbowanie gry na instrumentach. Zależało mi na nauce gry na gitarze. Gitara zawsze przyciąga uwagę. A i dziewczyny zawsze lecą na gitarzystów.  
Na początku jakoś udawało mi się przetrwać lekcje. Tak. Dobrze usłyszałeś, przetrwać. Nauka gry na instrumencie wymagała ode mnie o wiele więcej wysiłku niż początkowo sądziłem.  
Odciski na palcach, liczne plastry oraz niewielkie efekty. Był to niekorzystny dla mnie interes.  
Tak po trzech, czterech miesiącach odpuściłem. Próbowałem jeszcze innych instrumentów takich jak – perkusja czy saksofon. Ale szybko rezygnowałem.  
Było jeszcze wiele innych rzeczy, których próbowałem. Snycerstwo – czyli rzeźba w drewnie. Dopóki nie rozciąłem sobie ręki na drugich zajęciach.  
Koszykówka, w którą próbował wkręcić mnie brat. Konstanty przygotowywał się do matury, a w tym czasie do testu gimnazjalnego.  
Kostek przez złamaną nogę, musiał spędzić w domu pół roku. Niestety nie mógł nadgonić z materiałem, więc postanowił powtarzać trzecią klasę liceum. Jakoś mu to zbytnio nie przeszkadzało. Co mnie trochę zdziwiło. Zwykle mawiał, że powtarzanie klasy będzie skazą na jego dumie.  
Oh... 
Tak. Masz rację. Za bardzo odbiegam. Wróćmy do koszykówki.  
Na drewnianych drzwiach garażu mieliśmy zamocowaną obręcz - służyła nam za kosz.  
Konstantyn siadał na ławce, mówiąc mi jak mam rzucać. Sporo rzeczy mnie nauczył, począwszy od prostego rzutu wolnego do rzutów dalekich i dwu taktu.  
A to tylko, gdy miał jeszcze nogę w gipsie. Gdy już mu go zdjęli musiał przejść rehabilitacje. A ćwiczenia z młodszym bratem to najlepsza forma rehabilitacji i przede wszystkim wsparcia.  
Może Kostek zgrywał, że go to nie rusza. Ale naprawdę martwił się, czy wróci do dawnej formy. Lecz z bratem takim jak ja zajęło mu to rok. Chociaż zawsze upierał się, że gdyby był sam nie trwałoby to dłużej niż kilka miesięcy.  
Tamten rok bardzo nas do siebie zbliżył. Wracając ze szkoły, siadaliśmy razem do nauki. Kostek często mi pomagał jak czegoś nie rozumiałem. Naprawdę potrafił nauczać. Miał do tego talent, a w szczególności, jeśli chodziło o matematykę. Nie ważne jakie to było zagadnienie od razu je rozumiał. Z zadaniami też nie miał żadnego problemu.  
Zawsze mówił, że jego drugą miłością zaraz po koszu jest matematyka. Co według mnie było trochę ironiczne i śmieszne. Miłośnik sportu radzi sobie z matematyką - królową nauk jak często ( wręcz za często ) powtarzał.  
Ale to właśnie dzięki nie mu zdałem ją na prawie dziewięćdziesiąt procent. Z czego niezwykle dumni byli moi rodzicie.  
Po nauce wychodziliśmy na dwór. Mama ostrzegała nas za każdym razem, żeby Kostek zbytnio się nie forsował. Ale zbytnio nie przejmowaliśmy się tym co mówiła nasza matka. Konstanty doskonale wiedział, kiedy powiedzieć dość. Nie byliśmy już dziećmi, a przynajmniej my tak uważaliśmy.  
Wieczory spędzałem z kumplami albo czytając książki. Zależało jak bardzo byłem zmęczony.   
Weekendy wyglądały podobnie. Rano nauka, do obiadu ćwiczyliśmy grę w kosza, a potem spotykałem się z kolegami.  
Im bliżej było do egzaminu tym mniej czasu z nimi spędzałem. Wtedy też Karol zaczął robić mi wyrzuty. Miał to mnie pretensje, że zapomniałem o naszym celu. O zastaniu wspólnie najlepszymi piłkarzami.  
Gdy mu powiedziałem, że wolę iść do liceum, a nie do szkoły sportowej to uznał, że go zdradziłem. Pokłóciliśmy się trochę oraz poszarpaliśmy. Reszta znajomych rozdzieliła nas. Skończyło się na tym, że Karol miał podbite oko, a ja rozciętą wargę.  
Lecz najgorsze było dopiero przede mną.  Jak moja matka mnie zobaczyła... Rozpętało się w domu istne piekło. Pierwszy raz widziałem ją taką wściekłą. Mówiła mi jak to bardzo się na mnie zawiodła, że lepiej mnie wychowała.  
Dostałem od niej szlaban na miesiąc. Zakaz spotykania ze znajomymi. O ironio. Właśnie z powodu zaniedbywania przyjaciół doprowadziłem do bójki.  
Następnie mama zabrała mnie do szpitala. Okazało się, że moją wargę trzeba zszyć. Do dzisiaj widać małą podłużną bliznę na dolnej wardze.   
Brat pocieszał mnie. Doradził mi, abym na tę bliznę podrywał dziewczyny. Tylko zamiast mówić o bójce z byłym kumplem, mam chwalić się, że powaliłem jakiegoś zbira.  
Żart całkiem niezły. Poprawił mi wtedy humor.  
Jakoś zbytnio nie przejmowałem się tą blizną. Mama jedynie powtarzała, że wyglądam jak gangster. Ale ona zawsze musiała wszystko wyolbrzymiać. Bardziej martwiła mnie sprawa z Karolem. Pierwszy raz się tak pożarliśmy. Nie wiedziałem co o tym myśleć. W końcu Karol był moim najlepszym kumplem.  
W ciągu kolejnych tygodni w ogóle nie rozmawialiśmy.  
Czułem się z tym źle. Ale nie mógł ode mnie oczekiwać, że się nie zmienię. Nie można żyć tylko w świecie marzeń. Trzeba trochę realniej patrzeć na świat.  
Ilu jest takich ludzi jak my? Ilu próbowało spełnić swoje marzenia o karierze piłkarskiej? Ilu w ogóle się to udało? 
Po za tym to nie było moje marzenie. Sam do końca nie wiedziałem kim, chcę być. A wszyscy wymagali ode mnie decyzji.  
A ja miałem tylko piętnaście lat! Co ja wiedziałem o świecie?  
Praktycznie nic. Przez całe swoje dotychczasowe życie mieszkałem na wsi. Zdarzały się jakieś wyjazdy albo inne okazje. Lecz nic z tego nie pomogło mi w żaden sposób się odnaleźć.  
Takie myśli krążyły po mojej głowie do egzaminu gimnazjalnego.  
Nie bardzo pamiętam tamten okres. Mimo, że nie byłem zdenerwowany tak jak inni to w głębi miałem małe wątpliwości.  
A może za mało się uczyłem? A co jak czegoś zapomnę? A jak …. 
Gdy tylko o tym pomyślałem, musiałem się z tego jakoś otrząsnąć. O rade zapytałem mojego brata.  
Mimo, że w tym samym okresie miał maturę wydawał się tym w ogóle nie zdenerwowany. A nawet powtarzał, że już wybiera sobie na jakie studia pójdzie. Zdawało mi się, że jest trochę zbyt pewny siebie. Ale on powiedział mi, że to tylko egzaminy. Zda się je albo nie. Są rzeczy od nich o wiele ważniejsze.  
I miał rację. Egzaminy to tylko egzaminy zawsze można podejść do nich jeszcze raz. A nie zdanie testu nie zniszczy mojego świata.  
Bardzo mnie to uspokoiło. Dzięki takiemu myśleniu mogłem ze spokojem podejść do testów.  
A one okazały się proste. Prawie ze wszystkich miałem po osiemdziesiąt procent. Najgorzej poszły mi jedynie nauki przyrodnicze - aż sześćdziesiąt procent. Nigdy jakoś nie przepadałem za chemią czy biologią.  
Lecz testy w porównaniu z wyborem dalszej ścieżki były prościutkie.  
Z jednej strony mój wybór nie był trudny. Jedyne liceum było w mieście oddalonym o jakieś dwadzieścia kilometrów - to samo do którego uczęszczał Kostek.  
Problemem był wybór profilu. Chciałem iść na ogólny. Niestety takiego w tej szkole już nie było. Musiałem podjąć decyzję na czym mam się skupić. Trzeba było brać pod uwagę przyszłość - studia i przyszła kariera.  
Nie potrafiłem zdecydować się co do profilu, a co dopiero powiedzieć o studiach.  
Brat radził mi profil matematyczno-fizyczny. Sam był mat-fizem i zaoferował mi swoją pomoc. Rodzice w żaden sposób nie naciskali na mnie. Powiedzieli, że to tylko i wyłącznie mój wybór. Oni zgodzą się ze wszystkim.  
Jedyna rzecz, o której miałem pamiętać to, że trzeba wybrać taki zawód, aby były po nim pieniądze.  
Szczerze to zasugerowałem się radą Konstantego. Z matmy jakoś sobie radziłem. Lepiej niż z chemii i biologii - których szczerze nienawidziłem. Długo zastanawiałem się między geografią, a fizyką. O profilu polonistycznym w ogóle nie myślałem. Mówiło się, że poloniści pracy nie znajdują, więc odpuściłem. Poza tym zamiłowanie do książek nie jest tym samym co zamiłowanie do języka polskiego, czy historii.  
W ostateczności zdecydowałem się na geografię. Wydawała się prostsza od fizyki. Bo co może być trudnego w geografii 
Och...  
Jak bardzo się wtedy myliłem. Mój nauczyciel geografii był okropnie wymagający. Ogółem nie miałem nic do takich nauczycieli, nawet ich lubiłem. Jeśli przekazywali nam, uczniom, potrzebną wiedzę i tego wymagali - to byli moimi ulubieńcami.  
Ale pan Grzegorz był zupełnie innym typem nauczyciela. Nie mogę się nie zgodzić. Lekcje prowadził dobrze, Przekazywał nam ważne informacje oraz wyrabiał się z materiałem. Nie to co moja nauczycielka chemii – ale na szczęście miałem ją tylko rok.  
Lecz wróćmy do geografii. Pan Grzegorz miał jednak wadę. Był strasznie surowy. Na pierwszej lekcji to on nam wybrał miejsca, gdzie mamy siedzieć - jak w podstawówce! Ale w tym człowieku coś było. Uczniowie słuchali się go, ponieważ się go bali. Roztaczał wokół siebie specyficzną aurę. Mówiła ona – nie zadzieraj ze mną.  
I nikt nawet nie śmiał. Ten człowiek wymagał on nas, abyśmy na pamięć wykuwali tabelki zbóż z poprzednich lat. Ale i nie tylko. Mieliśmy zapamiętać każdy diagram czy tabelkę - nie ważne, że to było bezsensowne. Takie rzeczy zmieniały się nawet co miesiąc.  
Albo mieliśmy znać wszystkie dopływy Wisły - nawet te najmniejsze. To było istne piekło. Każdy z mojej klasy chodził z notatkami i wykuwał je na pamięć.  
A sprawdziany... 
W pierwszym roku mieliśmy mapki. Czyli sprawdziany z położenia krajów i stolic. Najgorsza wbrew pozorom była Europa. Nauczyciel powiedział, że musimy umieć nie tylko położenie krajów i nazwy stolic, ale też zaznaczyć stolice – co do milimetra!  
Do dzisiaj nie wiem, jak to zdałem. Chyba po prostu mi się poszczęściło.  
Ale były też zwykłe sprawdziany. Pytania potrafiły dotyczyć ogólnych rzeczy, lecz też naprawdę nieistotnych rzeczy jak tabelki importu i eksportu Brazylii z lat 2016/17.  
Okropieństwo. Kiedyś wykłócałem się z nim o ćwierć punktu do czwórki! A chodziło o banalną rzecz. Był to sprawdzian z jakieś wycieczki. Zamiast Droga Mleczna napisałem Nasza Galaktyka. A to przecież to samo. Lecz dla pana Grzegorza to dwa zupełnie inne pojęcia.  
Inne przedmioty albo nie były w ogóle problematyczne albo równie kłopotliwe co geografia.  
Matematyka w żadnym wypadku nie sprawiała mi problemów. Czasami droczyłem się z nauczycielem, ale nie było to uciążliwe.  
Fizyka, chemia i geografia, mimo że nie były przeze mnie szczególnie lubiane to dało się przeżyć ten ostatni rok. Tamci nauczyciele zbytnio się nami nie interesowali. Nie byliśmy profilem, który mieli przygotować do matury, więc nie było z nimi problemu.  
Wiedza o społeczeństwa (W.O.S.) i wiedza o kulturze (W.O.K) natomiast były okropnie nudne. Już wolałem siedzieć na biologii niż na Wok-u. Wos był sam w sobie nudny. Polityka mnie nie interesowała. Znałem podstawowe rzeczy jakie działy się w państwie. 
Zwykle na lekcjach Wos-u wszczynaliśmy z nauczycielem polityczne “pogawędki”. A raczej burzliwe debaty. Często byliśmy uciszani przez nauczyciela. Ale przynajmniej nie było nudno.  
Inaczej sprawa miała się z Wok-iem. Nauczycielka prowadziła lekcje nie zmieniając tonu głosu, który wręcz usypiał. Nie raz zdarzyło mi się usnąć na tej lekcji, ale koledzy budzili mnie. Czasami ja ich. Taka symbioza.  
Wychowanie fizyczne jak w-f. Od lat taki sam. Tylko, że byliśmy jedyną klasą koedukacyjną z   w-f w całej szkole! Dyrektor uznał, że to dobry eksperyment. Skończyło się na tym, że prawie każda lekcja w-f kończyła się wizytą u pielęgniarki.  
A to skręcona kostka, krwotok z nosa albo drobne zwichnięcia. Lecz to nie był koniec zabawy. Od czasu do czasu działo się coś poważniejszego. Kolega wybił sobie bark przy grze w kosza. A po pół roku wypadł mu drugi. Innym razem zemdlała nam dziewczyna. Miała jakieś problemy z oddychaniem. Nie bardzo pamiętam jakie, ale nie mogła się przemęczać.  
Każda lekcja w-f była stresująca - może to trochę za mało powiedziane – dla naszej nauczycielki Barbary.  
Pani – raczej powinienem mówić pani profesor - Barbara ostrzegała nas przed każdą lekcją. Mieliśmy na siebie uważać. Podobno jak wchodziła do pokoju nauczycielskiego to wszyscy nauczyciele pytali, jak minął jej wf z mat-geo. Powiedziała nam, że w dni, gdy nic nikomu się nie stało to klaskali. Ile z tego prawdy to nie wiem.   
A czas wolny? 
Jaki czas wolny? 
Autobus do szkoły miałem parę minut wpół do siódmej. Do przystanku daleko nie miałem. Zaledwie półtorej kilometra. Autobusem jechałem około czterdzieści minut, więc na dworcu byłem dwadzieścia po siódmej albo i wcześniej.  
Lekcje kończyłem mniej więcej po drugiej, a w domu byłem około czwartej. Normalną rzeczą było odrabianie lekcji, więc przystąpiłem do tego.  
Skończyłem po dwudziestej pierwszej, a nawet niczego nie powtórzyłem. I tak codziennie. A w weekendy powtórki do czternastej. Rzadko udawało mi się znaleźć czas na spotkania ze znajomymi.  
Jedyną rzecz na jaką chciałem za wszelką cenę znaleźć czas była koszykówka. Starałem się trenować z Kostkiem dwa razy w tygodniu. W środy, ponieważ miałem ostatnią religię - z której co jakiś czas się zrywałem - mogłem mieć treningi. Drugi odbywał się w niedzielę i był tym cięższym treningiem.  
Ogółem miałem bardzo napięty grafik, ale Konstanty mówił, że to normalne. Większości uczniom, którym zależało na przyszłości mieli tak ograniczony czas.  
Mimo wielu zmartwień dawałem radę. W końcu Kostek sobie poradził, to czemu ja nie miałbym? 
Lecz nie patrząc na obowiązki i trudy jakie wiązały się z liceum, miało ono swoje plusy. Najbardziej lubiłem różne szkolne wydarzenia. Dzień sportu, w którym aktywnie brałem udział. Dzień patrona szkoły czy niepodległości. Organizowali to uczniowie – tak jak chcieli. Od przedstawień, po występy muzyczne i gdy organizowany był tylko apel - najkrótszy i najmniej pożądany przez uczniów.   
Dlaczego? 
Im dłuższy był spektakl tym mniej mieliśmy lekcji.  
Najlepszy był Koncert Mikołajkowy. Coś na co czekał każdy uczeń w mojej szkole. Ciekawe występy uczniów - od tanecznych po muzycznych, czy parodii. Do tego liczne aukcje – od słodyczy, przez książki, płyty czy inne przyniesione przez uczniów rzeczy. A zebrane pieniądze idą na jakiś szczytny cel.  
Raz ze znajomymi kupiliśmy kalendarz z zdjęciami naszych nauczycieli. Ci najgorsi mieli zaszczyt zastania tarczą na rzutki.  
Ale dla mnie Koncert był szczególnie wyjątkowy. Wtedy pierwszy raz zobaczyłem Karolinę.  
Tak. Zgadza się. Twoją babcię.  
Zobaczyłem ją jak weszła na scenę. Ubrana w czerwoną sukienkę, a w czarne włosy wplecioną miała wstążkę.  
Wychodząc na środek delikatnie się ukłoniła publiczności. Prawie niezauważalnie rozejrzała się po widowni. Wszyscy byli skupieni na niej. W końcu jej występ miał być tym finałowym.  
Karolina nerwowo podeszła do fortepianu. Usiadła przy nim. Wzięła głęboki wdech i zaczęła grać.  
Muzyka rozchodziła się po sali. Poważna, ale zarazem wzruszająca. Nie można było się od niej oderwać. Przynajmniej ja tak miałem. Mógłbym tego słuchać i całą wieczność.  
Sonata Księżycowa Ludwiga von Beethovena. O tym jak nazywał się ten utwór dowiedziałem się dopiero podczas lekcji z Karoliną.  
Po występie chciałem zagadać do Karoliny, lecz nie mogłem jej znaleźć. Od jednej z jej koleżanek dowiedziałem się, że musiała wcześniej wyjść.  
Spotkałem się z nią dopiero parę dni po Koncercie.  
Dowiedziałem się, że Karolina jest ode mnie o rok starsza, ale dopiero w tym roku dała się namówić na występ.  
Próbowałem z nią zagadać, lecz była ona typem nieśmiałka. Wyzwaniem stało się dogadanie z Karo.  
Nieśmiała osoba, która z początku zdawała się chłodna oraz zdystansowana. Trochę zajęło mi dogadanie się z nią. Ale opłaciło się.  
... 
  - Dziadku, ale jak dokładnie zaczął się twój związek z babcią? 
  - O tym jutro. Musisz iść spać.  
  - Ale... 
  - Idź. Będę na ciebie czekać.