Translate

niedziela, 25 listopada 2018

!Zmiana Domeny!

Od dzisiaj działa nowa domena dla mojego bloga. 
Nazwa pozostaje ta sama, a wszystkie posty znajdują się już na nowej stronie. 
Jedyne, ale to to, że komentarze do postów od "Recenzja - Baśniarz..." do "Rozdział III - Opowieści z Przeszłości" nie zostały przeniesione. 
A teraz sprawa tej strony. Nie zostanie ona skasowana. 



sobota, 24 listopada 2018

Rozdział III – „Za późno się zorientowałem...” – część II

Beta: Beannderhia

Spis Treści 
Rozdział III - "Za późno się zorientowałem..." -cz.II (obecnie czytany)
Rozdział IV - "Otaczała nas iluzja..."
Rozdział V - "Sami to zrobiliśmy..."
Rozdział VI - "Dopiero  dostrzegliśmy..."
Rozdział VII - "Gorzki posmak..."
Rozdział VIII - "Nadzieja umiera ostatnia..."
Rozdział IX - "...nauczka na przyszłość"


Miałem stawić się w bazie pierwszego października.  
Zostało mi półtora miesiąca, żeby się przygotować. W liście z wezwaniem była też szczegółowa instrukcja dojazdu oraz lista rzeczy, jakie miałem ze sobą wziąć.  

Ale raczej nie będę cię tym zanudzać. To akurat jest nieistotne.  
Z tamtego okresu najbardziej zapamiętałem rodzinne przekomarzania. Rodzina nie dawała mi spokoju. Każdego dnia, o każdej możliwej porze, słyszałem jakim to jestem głupkiem skoro dałem się wkręcić w wojsko.
Miałem tyle szans, aby się z tego wykręcić, a ja je po prostu zignorowałem.  

Teraz mogę powiedzieć, że w okresie liceum byłem wielkim arogantem. Uważałem, że wiem lepiej... 
...że jestem panem świata. 
że zrobię wszystko lepiej niż inni.  
Byłem, krótko mówiąc, lekkomyślny i nie boję się do tego przyznać.  

Krokiem ku poprawie jest zrozumienie swoich błędów. 
To miałem już za sobą. Pozostało mi jedynie przetrwanie służby.  
Dni do wyjazdu okropnie szybko mi mijały. To nieuchronnie przybliżało mnie do wojska.  

Ostatnie chwile wolności spędzałem z Karoliną, która po kilku dniach wybaczyła mi moją ignorancję. W zamian za to zaczęła się martwić. Bała się o to, co mi tam zrobią. Jak bardzo mnie zmienią. 
Mój świętej pamięci dziadek, Stanisław, opowiedział mi jak wyglądało wojsko podczas jego służby w latach sześćdziesiątych. Wyczyniał niezłe numery, ale mógł to robić tylko dlatego, że nikt nie mógł mu nic zrobić, a on miał tego pełną świadomość.

Dziadek był kimś w rodzaju taksówkarza dla wojskowych. Jako jeden z nielicznych, miał prawo jazdy dosłownie na wszystko – od zwykłych aut po pojazdy ciężarowe. Do tego bardzo dobrze znał miasto, gdzie stacjonował.  

Paru wyższych stopniem żołnierzy lubiło dziadka, ponieważ zachowywał się jak człowiek. Potrafił też nieźle rozbawić.  
Raz kazano mu zrobić tak, aby w łazience świeciło się. Wiadomo o co chodzi. Miał ją po prostu wysprzątać, a że kapral określił się zbyt ogólnikowo to dziadek postanowił zrobić to dosłownie.  

Poszedł, zapalił światło. I okazało się, że jedna lampka nie świeci. W takim razie poszedł do magazynu po żarówkę. Pracował tam jego kolega, od razu domyślił się, o co chodzi.  

Dziadek dostał żarówkę i poszedł wymienić tę wadliwą. Po robocie zawołał kaprala, który nie dowierzał, że w łazience już się świeci. Zdziwiony stał w progu, czekając, aż dziadek zaprezentuje swoje dzieło.  

Dziadek zapalił światło, mówiąc, że wymienił tę przepaloną żarówkę. Kapral był okropnie wściekły! Aż trudno to opisać. Ale nie mógł dziadka ukarać. W końcu wykonał polecenie.

Było jeszcze kilka takich numerów, lecz nie o tym jest moja historia.  

Najważniejszą rzeczą okazały się rady od mojego dziadka,
Powiedział mi, jak mam przetrwać w wojsku. Stać się jednym z wielu żołnierzy, ale dalej być sobą.           

Chodziło mu przede wszystkim o to, abym nie przestał rozmyślać  jak to wojsko ma w zwyczaju robić. Zabiera ono swoim żołnierzom zdolność do samodzielnego myślenia. Mają tylko wykonywać powierzone rozkazy – bez pytań, bez zająknięć. Jak roboty bez uczuć.  

To było coś, co najbardziej mnie przerażało. Nie chciałem stać się potworem.  

Inną ważną radą, jaką otrzymałem od dziadka, było wtopienie się w tłum. Nie mogłeś być pierwszy. Rzucałbyś się w oczy, więc więcej by od ciebie wymagali. Nie można też było być ostatnim. Najgorszy robił ćwiczenia za karę.  

Jak to mówiono „aby dać mu szansę poprawy”. Ale wszyscy wiemy, że to miało inny cel. Chcieli go upokorzyć i wykończyć. Nikt nie chciał w swoim oddziale nieudacznika, ponieważ cierpiał za niego cały zespół.  

Stosowałem się do rad dziadka. Dzięki nim nie byłem tak zagubiony, jak reszta rekrutów. Ale o tym za chwilę.  
Wróćmy jeszcze na minutę do wydarzeń sprzed wyjazdu.  

Teraz mogę powiedzieć, że to, co wtedy zrobiłem było kolejnym aktem samolubstwa z mojej strony. To jedyna rzecz, której w tamtym okresie nie żałowałem.  

Moje oświadczyny. Miałem zaoszczędzone pieniądze z pracy letniej, które wydałem na pierścionek. Nie były to jakieś grube pieniądze, ale starczyły na złoty pierścionek z malutkim brylancikiem.  

Oświadczyłem się jej na jednej z naszych lekcji gry na pianinie. Może to banalne, ale schowałem pudełko do jej pianina. Gdy skończyła liceum zapraszała mnie na lekcję do swojego domu. Okazało się, że woli korzystać z pianina w szkole, ponieważ nie lubiła jak co chwilę poprawiał ją jej ojciec – były nauczyciel muzyki. Doceniała go, ale uważała, że w niektórych momentach przesadzał.  

Wracając, podczas naszej gry Karo zauważyła, że kilka klawiszy gra inaczej. Uznała, że musiałem źle nastroić instrument. Miała do mnie pretensje, że mimo tylu lekcji, dalej tego nie potrafię.  

Pamiętam jej zdziwienie, gdy zobaczyła małe pudełeczko. Wyjęła je, a na twarzy pojawił się delikatny uśmiech. Już wtedy wiedziała, o co chodziło. Spojrzała na mnie z blaskiem w oczach, otwierając pudełko. Nie musiałem nic mówić. Od razu rzuciła mi się na szyję, krzycząc tak.  

Czułem się wtedy najszczęśliwszym mężczyznom na ziemi. Chciałem, aby Karolina była moja. Chciałem, żeby czekała na mnie. Chciałem, żeby przy mnie została.  

Nie pozwoliłem odejść. Zmusiłem ją, aby na mnie czekała.  
To było naprawdę samolubne, ale wtedy inaczej postrzegałem niektóre rzeczy. Nie wiedziałem, co się stanie.  

Wtedy byliśmy szczęśliwi. Chcieliśmy, aby nasz ślub odbył się zimą dwatysiącedziewiętnastym roku. Kilka miesięcy po mojej służbie. Najpierw wszyscy sądzili, że Karo jest w ciąży. Trochę zajęło nam przekonanie wszystkich, że to nie jest naszym powodem do ślubu. 

Tak zleciały mi ostatnie dni wolności. W październiku zaczął się najgorszy okres w moim życiu.  

Pierwszy dzień był raczej nudny. Ojciec zawiózł mnie na dziesiątą do bazy, gdzie odbył się dwugodzinny apel. Nic interesujące. Potem dostaliśmy mundury, w które mieliśmy się przeprać zaraz po przydzieleniu baraków.  

Potem pierwsza przebieżka. Pięć kilometrów. Tak przed obiadem. Potem kolejne pięć oraz pierwsze ćwiczenia defilad. Wieczorem kolacja i jedyny wolny wieczór. W teorii. Nasz kapral - dowódca pięćdziesiątej trzeciej drużyny – przedstawił nam panujące tu zasady.  

Od reguł dotyczących ubioru, przez szacunek wobec starszych stopniem, aż po to, jak poprawnie zasłać łóżko.   

Jedynym pozytywnym aspektem okazał się mój nowy współlokator. W barakach łóżka były piętrowe. Ja zająłem to dolne, a górne zajął Michał.  

Wysoki młody mężczyzna. Okropnie chudy. Podczas jednego z ćwiczeń plutonowy zawołał na niego żartobliwie Czapla. I tak jakoś zostało.  

Michał był synem jakiegoś kapitana. Z tego powodu nie miał żadnych forów. A nawet wymagano od niego więcej.  
Przez to, że dzieliliśmy łóżko piętrowe, staliśmy się przyjaciółmi. Przynajmniej po części.  

Ale w dużej mierze przyczyniło się do tego wspólne naginanie rozkazów oraz obijanie się na ćwiczeniach. Pamiętasz tę opowieść o żarówce? Wycinaliśmy podobne numery. 

Lecz zacznijmy od czegoś lekkiego.  
Zaczęło się od pierwszych ćwiczeń. Pamiętałem rady mojego dziadka, więc nie miałem zamiaru zbytnio się przemęczać.  
Jednym z ćwiczeń, które mieliśmy wykonać, były pompki. Mieliśmy ich zrobić jak najwięcej. Od dzieciaka dużo ćwiczyłem, więc zrobienie dziesięciu nie było dla mnie wyzwaniem. Dla reszty wydawało się, jakby pierwszy raz w życiu robili pompki, a przynajmniej dla większości.  

Aby się nie wyróżniać, zrobiłem tylko dziesięć pompek. Reszta żołnierzy zrobiła podobną ilość. Kapral, rzecz jasna, wyzwał nas od słabych maminsynków. W jego mniemaniu byliśmy tak słabi, że z trudem robiliśmy dziesięć pompek.  

To nie koniec. Innego dnia mieliśmy wyczyścić broń, ale rynsztunku nie można wyczyścić bez rozmontowania jej. Można ją tylko czyścić.

Dlatego tak zameldowałem kapralowi. Jako jedyny z naszego oddziału. Parę osób na mnie spojrzało. Zdawało mi się, że byli lekko wystraszeni. 

Po drobnej wymianie zdań z kapralem, który uznał, że jestem bezczelny, musiałem zrobić pięćdziesiąt pompek za karę. A, że nie miałem żadnych problemów z kondycją, bez najmniejszego wysiłku je zrobiłem.

Kapral lekko zszokowany, nie bardzo wiedział, co ma powiedzieć. Za to Michał wiedział.  

Próbował powstrzymać śmiech. Widocznie jego też bawiło zmieszanie naszego dowódcy. Ja lepiej to maskowałem.  
Skończyło się na tym, że przez kilka dni mieliśmy czyścić buty kolegów z naszego oddziału...szczoteczką do zębów.  

Przez ten czas bardzo zżyliśmy się z Michałem. Wspólne odbywanie kar łączy ludzi. Jeszcze bardziej wspólny wróg – nasz kapral. Obaj nie cierpieliśmy naszego kaprala. Kiedy nadarzała się okazja, lubiliśmy uprzykrzać mu życie. Jednego razu „zginął” mu but, który odnalazł się na drzewie. Mała zemsta za nadprogramowe bieganie wokół bazy. Przez niego spóźniliśmy się na kolację, co poskutkowało kolejnymi ćwiczeniami po posiłku. Tym razem ze strony plutonowego, który uznał, że powinniśmy szanować czas innych. Lecz nasz ukochany kapral nie raczył wyjaśnić, że to przez niego jesteśmy spóźnieni.  

My w odwecie zwinęliśmy mu buty w środku nocy. Nasz wspólny znajomy miał nocny dyżur, więc przymknął oko na małą wycieczkę. Szybko zwinęliśmy naszemu dowódcy obuwie, które miał w zwyczaju zostawiać na korytarzu. Obaj wyszliśmy przez okno w toalecie. Nie chcieliśmy się zbytnio narażać, więc powiesiliśmy desanty kaprala na najbliższym drzewie. Sprawnie wszedłem na drzewo, następnie wieszając buty.  

Prędko, aby nikt nas nie zauważył, wróciliśmy do łóżek. Następnego dnia kapral, lekko wkurzony, wszedł do naszego baraku. Ogłosił, że jeśli ten kto ukradł mu obuwie, nie przyzna się, cały oddział będzie biegać do upadłego. Od biegania uratował nas ten sam kolega, który zaprzeczył, żeby ktoś z nas opuszczał w nocy pokój.  

Kapral nie mógł nic nam zrobić,  bo nie miał dowodów. A kumpel, który nas krył, dostał w prezencie kilka paczek papierosów. Jedną z najtrudniej dostępnych rzeczy w wojsku – takich jak papierosy albo alkohol. Bez przepustki nie można nawet było wyjść do sklepu obok bazy. 

Przepustek prawie nie dawano osobom, których szkolenie trwało mniej niż rok.  

Nasze trwało sześć miesięcy.  

Cóż, mieliśmy niewielki sklepik na terenie bazy. Zamawialiśmy niektóre rzeczy. Problem polegał na tym, że trudno było przyjść w godzinach otwarcia.  

Raz ćwiczenia, które potrafiły się przeciągać. Innym razem kary albo zadania specjalne od dowódców. Polegały one  na dostarczeniu ważnych papierów albo załatwienie jakieś sprawy poza bazą.  

Zwykle zadania specjalne były nagrodą, więc ani ja, ani Michał nigdy ich nie dostawaliśmy. Z raczej wiadomych powodów.  
Pomijając nasze wygłupy, nie byliśmy takimi złymi żołnierzami.  

Od kiedy zaprzyjaźniłem się z Michałem, zaczęliśmy między sobą rywalizować. Kto z nas szybciej przebiegnie określony dystans, albo w ramach kary wyczyści więcej butów.  

Ze zwykłych szarych żołnierzy staliśmy się znani wśród innych. Przemysław i Michał.  

Jedyni żołnierze, którzy zamiast iść w niedzielę do kościoła, szli do kwatery plutonowego pograć w pokera.  

Okazało się, że plutonowy Jagodziński to syn sierżanta Jagodzińskiego, który przyjaźnił się z moim dziadkiem. Kiedy usłyszał moje nazwisko, nie był pewny, czy jestem wnukiem Bogdana Wójcińskiego. W trakcie jednej z kar, podszedł do mnie i po prostu spytał.   

Gdy dowiedział się, że jestem jego wnukiem, zaproponował nam specjalne zadanie. Mieliśmy pomóc mu z jakimś papierami w niedzielę o jedenastej w jego gabinecie.  

Zjawiliśmy się w umówionym miejscu. Gdy tylko zamknęły się drzwi, wszelakie formalności zniknęły. Czas minął nam na rozmowach. Potem zaczęliśmy spotykać się w każdą niedzielę . 
Jedyny dzień, kiedy czuliśmy się normalnie, a nie jak śmieci. 

Nie licząc męczących treningów siłowych oraz zachowania wyższych stopni, było parę fajnych rzeczy.  

Moimi ulubionymi zajęciami było strzelanie z broni palnej. Strzelnica to najlepsze miejsce, jakie może istnieć. Korzystaliśmy z kilku rodzajów broni. Od krótkiej lekkiej po karabiny.  
Ogółem było spokojnie.  

Jedynym moim wyjściem, w trakcie pobytu w bazie, był wyjazd na Boże Narodzenie. Ojciec Michała pracował w trakcie świąt, a on nie chciał spędzać ich sam.  

Nie było problemu jak zaproponowałem, żeby spędził święta u mnie. Rodzice się zgodzili.  

Michał miał spać w pokoju gościnnym. Dwa dni przed świętami przyjechał po nas mój ojciec. Jak mnie zobaczył powiedział, że okropnie schudłem. Pytał jak to możliwe, że tak słabo nas karmią.  
Pobyt w domu był naprawdę odprężający oraz ożywczy. Wszyscy przyznali ojcu rację, że schudłem. Sam się o tym przekonałem, gdy założyłem jedną ze swoich starych koszul. Ubrania dosłownie na mnie wisiały.  

Przedstawiłem wszystkim Michała. Moja rodzina od razu go polubiła. Wpasował się w nią idealnie. Jakby od początku w niej był. Cóż ja traktowałem go jak brata, więc nie dziwne, że moja rodzina go zaakceptowała.  
Karolina, jak tylko wróciłem, rzuciła mi się na szyję. Cieszyła się, że wróciłem. 

Obok kanapy stało czarne pianino. Pierwszy raz od prawie trzech miesięcy zagrałem z Karoliną utwór na cztery ręce Josepha-Maurice'go Ravel’a. Trochę wyszedłem z wprawy, ale gra z moją Karo i tak była niesamowita.  

Patrząc na nią, zrozumiałem, jak bardzo za nią tęskniłem. Jak brakowało mi jej troski, bliskości, miłości. 
Jej oraz całej rodziny.  

Michał, jak mówiłem wcześniej, szybko się zaaklimatyzował. Mimo dodatkowego gościa, było naprawdę świetnie. Moja mama wreszcie nie narzekała, że po świętach zostaje tyle jedzenia.  

Dla mnie i Michała to była iście królewska uczta. Zgodnie z tradycją dwanaście potraw wigilijnych. Jedną z nich był karp. Specjalność mojej mamy.  

Święta minęły nam naprawdę przyjemnie oraz spokojnie. 
Dziwnie spędza się czas, gdy nikt nie kontroluje każdego twojego kroku. Brak kontroli i obserwacji, bezsensownych rozkazów oraz musztry.  

Karolina dzielnie walczyła na studiach o najlepsze stopnie. Studia informatyczne były dla niej idealnym wyborem. Mówiła, że programowanie jest jak muzyka. W obu przypadkach są pewne języki, które trzeba poznać, aby dalej się rozwijać.  

Konstanty zaczął pracować jako wykładowca. Jak to mawiał odnalazł sens swojego życia. Mama mówiła, że do pełni sukcesu brak mu jeszcze żony.  

Pod koniec marca skończyłem służbę. Michał postanowił pójść w ślady ojca. Został w wojsku, ale mój kontakt z nim się nie urwał. Naprawdę dobrze się z nim dogadywałem.  
A ja?  

Dalej nie wiedziałem, co chcę robić w życiu. Miałem trochę wolnego czasu. Zastanawiałem się nad ponownym podejściem do matury i poprawieniem wyników. Tylko co potem? 
Naprawdę nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić.  
Odpowiedź spadła jak grom z jasnego nieba. 
… 
– Tato, myślę, że wystarczy na dzisiaj. 
– Racja. Pora iść spać. 
...
– Tato, jesteś pewien, że nie chcesz zmienić decyzji. 
– Jestem pewien.  




niedziela, 18 listopada 2018

Kwiaty w czerni

Znajoma mojej mamy poprosiła mnie o rysunek. Nie sprecyzowała co chce ode mnie dostać, więc uznałam, że jest to idealna okazja do wypróbowania czarne kartki oraz pastele. 
Testowałam je kiedyś na białych kartkach, ale teraz jest to zupełnie inny efekt. Na czerni te kolory - brązowy, srebry, złoty - lepiej się wybijają. 
Dla porównania link do tych starych:

Czas pracy:  około 1,5 h
Materiały: pastele suche Creadu, ołówek, czarna kartka 

A wy co myślicie o tych kwiatach?

sobota, 17 listopada 2018

Kolorowy Steampunk

Pomysł na ten rysunek pojawił się na jednym z moich fakultetów. Subkultury młodzieżowe. 
Jest to raczej fascynacja. Ale tak mnie jakoś natchnęło.  
Słyszeliście kiedyś o SteamPunku?
Jest to odmiania fantastyki naukowej. Steampunk wywodzi się z Cyberpunku, ale nie opiera się na elektronice tylko na mechanice. Wzoruje się na epoce pary - maszyn parowych, epoce wiktoriańskiej. 
Steampunk interesuje się rozwojem techniki, który prowadzi do tworzenia nieznanych w historii wynalazków. 
Co do utworów to akcja rozgrywa się w epoce wiktoriańskiej. Magia połączona jest razem z technologią. 
A teraz pora przejść do mojego rysunku. 
Zrozbiłam zupełnie nowe włosy. Mam na myśli styl w jakim zostały narysowane. Nie ma konturów fryzury jak zwykle tylko pasma. Trochę innaczy styl jest przy oczach oraz nosie. 
Czas pracy to około 4 godzin. 
Poniżej sam lineart.


I pora na dość niecodzienne kolory. Miałam ochotę trochę poeksperymentować z kolorystyką. Mnie sią podoba. 


A wy co myślicie?

niedziela, 11 listopada 2018

Jump Arena - Galeria Obornicka

W sobotę odwiedziłam ze znajomymi Jump Arenę w Galerii Obornickiej. 
Raczej większość osób wie, czym jest Jump Arena. To po prostu park trampolin. W dużym skrócie. 
Jak piszą na swojej stronie, znajduje sie tam:
 - 4 kosze do wsadów
 - 4 ścieżki akrobatyczne
 - 7 trampolin sportowych 
 - 2 baseny z gąbkami
 - duża arena z kwadratowymi trampolinami
 - skośne trampoliny
 - trampoliny rynny z skośnymi trampolinami 

Cennik biletów znajduje się na ich stronie. Ale nie są to jakieś ogromne koszty. 

A teraz z czas na moje wrażenia. 
Hala sama w sobie robi niezłe wrażenie. Dużo trampolin do wypróbowania. 
Na początku jest lekki strach. Czy czegoś sobie nie zrobisz. Ale jak tylko się przełamie to zaczyna się zabawa. 
Można pograć w kosza na trampolinach, a raczej robić rzuty wolne. Ale i tak jest bardzo ciekawie. Wykonałam swój pierwszy w życiu wsad. 
Jest jeszcze pole do siatkówki - duża arena z kwadratowymi trampolinami po obu stronach siatki. Gra w takich warunkach to niezłe wyzwanie, ale warte spróbowania. 
Dalej są zwykle trampoliny do skania, chociaż przy nich też jest sporo zabawy. 
Dalej są baseny z gąbkami. Przy nich można porobić niezłe akrobacje. Ale ceną za nie jest zakopanie się w basenie z gąbkami. I powiem, że wyjście z takiego basenu jest męczące - cały czas się zapadasz - ale to też jest zabawne. 
Ale moim zdaniem najlepsze są trampoliny sportowe. Skacze się na nich dużo wyżej niż normalnie i można się całkiem nieźle powygłupiać. 
Chociaż jak macie zamiar wejść na ściankę, to poproście najpierw instrutkora - cały czas chodzą po hali -, aby wam to pokazał. Wygląda to niesamowicie oraz zobaczycie jak zrobić to poprawnie.
 Moim zdaniem jest to idealne miejsce do zabawy i miłego spędzenia czasu. 




A na koniec parę filmików z akrobacji moich i siostry. 


sobota, 10 listopada 2018

Droga H...



Gdy zostajemy sami 
Zawsze czuję się zbędna 
Was dwoje 
Oraz ja jedna 
Ty myślami jesteś z nim 
A ja sama 
Całą uwagę na nim skupiasz 
A mnie pomijasz 
Wiem, że on jest twój 
A ty jego 
Ale nie lubię być sama 
Jesteście jak dwie papużki 
Świata po za sobą nie widzicie 
To urocze 
Zazdroszczę wam 
Ale nie lubię być zbędna  
A gdy jestem z wami  
Czuję smutek 
Wiem, że nie powinnam 
To źle  
Ale nie chcę stracić cię  
Nie chcę sama być  
Boję się, 
 że zostawisz mnie 
że jego wybierzesz  
że stracę kogoś kto nadaje mi sens.