Translate

wtorek, 4 lipca 2017

Dom







 Link

To był dzień jak każdy inny. Nie różnił się niczym szczególnym od innych. Niewielu już pamiętało co wydarzyło się tego dnia. Ale ja pamiętam. Nie chcę zapomnieć o moim Domu... Domu nas wszystkich... miejscu, które opuściliśmy... które porzuciliśmy.  
Leżałam na nasiąkniętej rosą trawie. Czułam zapach kwitnących krokusów o płatkach żółtych jak słońce, róży czerwonych jak niebo podczas zachodu słońca oraz pomarańczowych goździków. Kwiatów było wiele, ale tylko te umiałam rozpoznać. 
Ich aromat wdzierał się do moich nozdrzy, aż do płuc. Wypełniał mnie, powodując uczucie błogości. Delikatny wiatr poruszał liśćmi nade mną. Listki rozległej korony starego dębu tańczyły spokojnie. W oddali słyszałam dźwięk dzwoneczków oraz pohukiwanie sów. Beztroska melodia jaką tworzyły dodawała temu wieczorowi bajkowego nastroju. 
Spojrzałam w czarne niebo rozświetlone słabymi gwiazdami. Ich kruche światło przedzierało się przez koronę drzewa. Cienie na liściach zdawały się tańczyć w rytm muzyki.  
Przytuliłam się bardziej do mojego pluszowego kotka. Kolor jego choć pospolity dla mnie był najpiękniejszy - szary. Barwa materiału idealnie współgrała z jego lnianą, różową wstążką przewiązaną przez szyję. W czarnych paciorkach, które stanowiły oczy, czasami zdawałam się widzieć duszę. Został moim przyjacielem, z którym dzielić mogłam każdy sekret.  Był moją pierwszą zabawką i nigdy się z nim nie rozstawałam. Dostałam go od siostry jak miałam trzy latka, aby odgonił dręczące mnie koszmary. Spełniał swe zadanie każdej nocy. Już nie bałam się koszmarów... Dzięki niemu zmieniały się w krainę pełną marzeń.  
Znów przeniosłam wzrok na świetliste punkty na niebie. Gwiazda polarna błyszczała na nocnym niebie, wskazując północ. Wysoko nad małym wozem znajdowała się konstelacja łabędzia. Cztery gwiazdy stojące w linii prostej tworzyły tułów. Prawe skrzydło posiadało trzy gwiazdy, a lewe dwie. Kształtem przypominały lecącego łabędzia - symbolizował duszę Orfeusza po śmierci. Według jednego z mitów został umieszczony na niebie obok swojej lutni przez muzy z wyspy Lesbos.  
Niedaleko łabędzia po jego prawej stronie leżał gwiazdozbiór lutni. Jej najjaśniejszą gwiazdą była Wega – druga najbardziej rozświetlająca letnie nocne gwiazda.  
Natomiast po lewej niebo rozświetlał Lis, zwany też liskiem. Składał się zaledwie z trzech gwiazd. Ale posiada niezwykle ciekawą historię. Według mitologii Kefalos oswobodził tebańczyków próbując upolować Taumesyjską Liszkę - przez nią tebańczycy musieli składać comiesięczne ofiary. Pies Kefalosa gonił ją, ale nie złapał jej, przez co wmieszał się Zeus. Bóg piorunów zmienił psa Lajlapsa oraz Liszkę w kamień, a potem umieścił na nocnym niebie. Właśnie dlatego Lis znajduje się po przeciwnej stronie nieboskłonu niż Wielki Pies.  
Z podziwiania gwiazd wyrwał mnie głos mojej mamy.  
 - Stello! Wracaj już do domu! - jej głos zatrzymał muzykę, strasząc sowę na dębie. Zamilkła, ale nie wiedziała, że na zawsze. Wstałam z trawy, ostatni raz przyglądając się niebu. 
Kiedy usłyszałam dziwne dzwonienie. Było ono niezwykle nieznośnie oraz denerwujące. Świat wokół mnie zaczął się rozmywać. Głos mojej mamy cichnąć. Gwiazdy blaknąć. Nie rozumiałam co się dzieje. Wokół mnie panowała ciemność...  
Otworzyłam oczy. To był sen... A raczej wspomnienie ostatniej nocy w Domu. Wpatrywałam się w srebrny sufit.  Nadal słyszałam ten dokuczliwy dźwięk. Usiadłam na skraju łóżka, rozglądając się po sypialni. Światło włączyło się automatycznie, rozświetlając pokój. Ściany koloru metalicznego srebra słabo odbijały blask lamp. Chociaż posiadałam ogromne okno na całą ścianę, nie rozświetlało ono w żaden sposób pokoju. Na zewnątrz panowała ciemność rozświetlona ciałami niebieskimi. 
Widziałam przez nie gwiazdozbiór Lwa - mój ulubiony. Symbolizował on mitycznego lwa pokonanego przez Herkulesa. Został on umieszczony na niebie, aby reprezentować odwagę i męstwo półboga. 
Moje łóżko znajdowało się tuż obok okna, dlatego miałam tak wspaniały widok na gwiazdy. Westchnęłam ciężko. Przeniosłam wzrok na szafkę stojącą niedaleko. Tkwiła na niej zielona lampa w kształcie kuli. Delikatnie lewitowała nad meblem. Obok niej znajdował się stylizowany budzik. Lubiłam staromodne rzeczy. Gdzieś nawet miałam aparat z wymiennym filmem – prawdziwy antyk, których już nie sposób dostać.  
- Możesz go wyłączyć. Przecież już wstałam, Sebastianie - oznajmiłam. Po chwili pojawił się przede mną hologram wysokiego mężczyzny z włosami czarnymi jak noc oraz krwistoczerwonymi oczami. Posiadał wyraźne rysy twarzy oraz wydatną szczękę. Odziany był w czarną marynarkę. 
- Wolałbym jednak, abyś już wstała z łóżka, Stello - odrzekł głębokim głosem hologram. W dzisiejszych czasach sztuczna inteligencja była bardzo podobna do ludzi... Nie źle to określiłam... Oni byli jak my... Czuli, posiadali emocje oraz wspomnienia... A wszystko dzięki rozwijającej się nauce.  - Chyba, że wolisz się spóźnić do pracy. 
Westchnęłam ponownie. Miał rację. Mozolnie zwlekłam się z łóżka. Zielona pościel wylądowała na ziemi. Rozciągnęłam się, aby trochę się rozbudzić. Podeszłam do ściany naprzeciw łóżka. Wysunęła się z niej rura, po której przesuwały się ubrania.  
- Wyjmij tradycyjny strój do pracy - oznajmiłam Sebastianowi.                                                
Wieszaki zatrzymały się, a ja zdjęłam z jednego jeansy oraz niebieską kurtkę z kieszeniami oraz znaczkiem gwiazdy na czarnym tle obramowany czerwoną obręczą. 
Symbol pracownika Armii Gwiezdnej, która sprawowała piecze nad kosmosem. Badało ona nowe planety, nawiązywała sojusze z obcymi formami życia oraz inne sprawy związane z wszechświatem. Ja należałam do sekcji naukowej. Razem z moją grupą tworzyliśmy przeróżne technologie ułatwiające eksploracje planet. Rzadziej niż inne sekcje schodziliśmy na obce planety, ale ja miałam to szczęście, że zwiedziłam już kilka.    
- Woda na herbatę zaparzy się za cztery minuty i pięćdziesiąt cztery sekundy - oznajmił Sebastian, po czym wreszcie zniknął. 
Musze przyznać, że jako mój pomocnik spisywał się świetnie. Doskonały w każdym calu, tak samo jak jego pierwowzór. Sebastian Michaelis z starego anime z początku dwudziestego pierwszego wieku. Byłam fanką wiekowych anime oraz mang. W mojej cyber-biblioteczne posiadałam wszystkie tomy tej mangi oraz kilka materialnych, które cudem udało mi się kupić. Dzisiaj naprawdę trzeba się natrudzić, aby dostać papierowy egzemplarz. Większość z nich jest naprawdę sporo warta.
Ale powoli wracały do użytku za sprawą mody.   
Ruszyłam w stronę łazienki. Drzwi automatycznie odsunęły się, nie wydając przy tym żadnego dźwięku.  

Szybki prysznic otrzeźwił mój umysł. Przeglądałam się w lustrze. Nienawidziłam rozczesywania moich włosów. Przez noc potrafiły się strasznie skołtunić. A ja nie mogłam wyglądać jak niechluj. To było nieprofesjonalne. Jako szefowa trzeciej drużyny naukowej, zwanej Terra musiałam dawać innym przykład - nienaganny wygląd oraz praca to podstawa.  
Wzięłam szczotkę i zaczęłam mocować się z włosami. Nagle usłyszałam kroki rozchodzące się po moim pokoju. Po chwili pojawił się za mną Sebastian w bionicznym ciele. Ubrany był w podobny uniform do mojego. 
- Za chwilę wyrwiesz sobie włosy - oznajmił, biorąc mi z ręki szczotkę. Delikatnie ciągnął moje czekoladowe loki. W lustrze widziałam jego twarz. Bioniczne ciało jakie posiadał wyglądem nie różniło się w ogóle od hologramu. 
- A ja widzę, że ktoś postanowił wypróbować mój nowy projekt bio-ciała  - stwierdziłam, przyglądając mu się. 
Niedawno stworzyłam ultranowoczesny prototyp mechanicznego ciała. Szkielet został zrobiony z besamitu, jednego z najtwardszych metali we wszechświecie. Stanowi idealne odwzorowanie ludzkiego kośćca, tak samo skóra, ale ona wyprodukowana była z komórek hominium corium - rośliny, która w połączeniu z komórkami ludzkimi nabierała ich właściwości. Tak oto powstała   bio-skóra. Były jeszcze silniki wodorowe napędzające przekaźniki mózgowe, ale nie mogę wyjawić jak dokładnie funkcjonuje prototyp. Taka tajemnica zawodowa.  
Nawet nie zauważyłam, kiedy Sebastian rozczesał moje włosy i upiął z nich kitkę. Odwróciłam się do niego.  Delikatnie dotknął mojego policzka. Jego skóra w dotyku była jak nasza. Czułam jak jego ciepłe palce muskają moją skórę. Niezwykle przyjemne uczucie.  
- O czym tak myślisz, Stello? - zapytał Sebastian, spoglądając w moje oczy.  
- Śnił mi się Ostatni Dzień w Domu - odrzekłam. Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie, dalej na mnie patrząc. - Jak zamykam oczy to nadal czuję tą rosę na skórze oraz zapach goździków. 
Zamknęłam na chwilę oczy, próbując przywołać wspomnienie Ostatniego Dnia. Pamiętam jakby to działo się wczoraj. 
Zaledwie kilka tygodni wcześniej prezydent Zielonego Przylądka ogłosił, że wszyscy zostaną ewakuowani na statek kosmiczny Spes Renascitur. Zanieczyszczenia na Ziemi spowodowane trzecią wojną światową tzw. Wojną Nuklearną zniszczyły większość naszego Domu. Ocaleni stworzyli nowy kraj zwany Zielonym Przylądkiem. Apesatenowie – obca forma życia, z którą Ziemianie nawiązali sojusz próbowała pomóc nam w oczyszczeniu Ziemi, ale nawet oni zawiedli. Dlatego stworzono Spes Renascitur... Aby odnaleźć nową Ziemię. I tak się stało, ale ja nie potrafiłam mieszkać na Nowej Ziemi. Moim domem była Stara Ziemia, dlatego wstąpiłam do Armii Gwiezdnej. Chciałam przemierzać wszechświat w poszukiwaniu sposobu oczyszczenia Ziemi z radioaktywnych toksyn. 
Tylko ludzie okazali się tak nieprzewidujący, aby rozszczepiać jądra atomowe i używać powstającej z tego energii do zasilania. Potem stało się to bronią. 
Obce rasy potrafiły to robić, jednak nie chciały ryzykować zanieczyszczeniem swojej planety.  
Z zamyślenia wyrwał mnie zapach czekolady zmieszany z goździkami. Zdziwiona otworzyłam oczy. Przed sobą miałam Sebastiana, trzymającego bukiet kwiatów w jednej ręce, a w drugiej ciasto czekoladowe z napisem "Wszystkiego Najlepszego".  
Jak można zapomnieć o własnych urodzinach? Jak widać można. Uśmiechnęłam się nieznacznie, patrząc na Sebastiana.  
- Najlepszego - powiedział wręczając mi bukiet. Zaciągnęłam się delikatnym zapachem goździków, moich ulubionych kwiatów.  
- Dziękuję - odrzekłam patrząc na niego. Był niezastąpiony i chociaż został stworzony na czyjś pierwowzór, posiadał on swój własny charakter. I to właśnie za niego go kochałam.  
- W końcu dzisiaj są twoje urodziny oraz dwudziestolecie opuszczenia Starej Ziemi - rzekł, kładąc tort na szafce nocnej. - Dwa niezwykłe święta... - objął mnie w talii, zbliżając swoją twarz do mojej. -… które trzeba uczcić - dodał i pocałował mnie. 
Delektowałam się naszym pocałunkiem. Czułam jak jego ciepłe wargi dotykającą moich. Jak zwykle w taką drobną czynność wkładał wiele pasji oraz emocji. Ale musiałam to przerwać. Wolałam zostawić mu taki niedosyt. Będzie musiał poczekać, aż skończymy pracę. 
Spojrzał na mnie zaskoczony, a ja uśmiechnęłam się chytrze. Przejechałam palcem po jego kurtce. 
- Ale po pracy - odrzekłam, odsuwając się od niego. Skierowałam się w stronę drzwi, a kiedy przy nich byłam usłyszałam jak szepcze.  
- Poczekam... 
Metalowe wrota zamknęły się za mną bezszelestnie. To był kolejny dzień. Normalny jak każdy inny. Byliśmy daleko od Starej Ziemi, porzuconego Domu, ale to było tylko miejsce. Może kiedyś znowu tam wrócimy i je odzyskamy. Ale to tylko rzecz. Prawdziwy Dom był tam, gdzie rodzina i przyjaciele. A moja właśnie stała w salonie z wielkim szyldem "Wszystkiego Najlepszego, Stello!" Zaśmiałam się, a bok mnie pojawił się Sebastian. Objął mnie w pasie, a ja oparłam głowę na jego torsie. Byłam szczęśliwa, bo mogłam spędzić czas z moją rodziną, przy której było moje miejsce - mój Dom.


5 komentarzy: