Translate

sobota, 29 lipca 2017

Gra: Bestseller

Gra Bestseller pochodzi z bloga Handlarz Iluzji. Jest to opowiadanie grupowe, pisane przez czytelników. 
Gra polega na tym, że jeśli chcesz napisać rozdział musisz dać komentarz pod obecnym rozdziałem. Lecz są pewne warunki:
 - trzeba znać poprzednie rozdziały
 - w grze biorą udział tylko zalogowane osoby
 - na napisanie ma się 72h od dania posta
 - główna postać musi przeżyć do końca opowiadania
Reszta informacji znajduje się TUTAJ , a poprzednie rozdziały TU.




Rozdział VII

Spałaś... a raczej leżałaś oparta o szybę autobusu z zamkniętymi oczami. Myślałaś, że monotonne kapanie kropel deszczu o dach pojazdu skutecznie cię uśpi. Jednak tak się nie stało.
Siedziałaś z tyłu autobusu, dotykając głową o lodowate szkło. W głowie przetwarzałaś ostatnie dni.
Od spotkania z niby normalnym i nieszkodliwym taksówkarzem. Ucieczką z jego chorego domu. Stacją benzynową, gdzie Kamil został zmuszony do zabicia tego popaprańca. A jakby tego jeszcze było mało ten jebany "taksówkarz" okazał się szefem jakieś szajki narkotykowej.
A teraz? Razem z Kamilem musicie przed nimi uciekać. Zastanawiasz się co takiego zrobiłaś, że los cię tak pokarał, przecież taką złą osobą przecież nie jesteś.
Raz, czy dwa ściągałaś na klasówce z fizyki albo historii. Przecież jedna, czy dwie pozytywne oceny nikogo nie zabiją?
Czasami też kłamałaś rodzicom w drobnych sprawach, lecz to robi przecież każdy.
Może i nie byłaś święta. Nie chodziłaś co tydzień do kościoła, nigdy nikogo nie skrzywdziłaś. Więc dlaczego?
Dlaczego cię to wszystko spotkało?
Nie potrafiłaś znaleźć powodu tego wszystkiego. W pewnym momencie przez twoją głowę przeszła pewna myśl.
A co jeśli to tylko pech. Wszystko za sprawą przypadku. Ten wypadek i spotkanie taksówkarza. Stacja benzynowa. Ta durna siekiera, którą ze sobą przytaszczył.
Westchnęłaś ciężko, otwierając oczy. Obraz przed tobą był lekko zamazany przez spływające krople. Widziałaś malujące się kontury drzew oraz kilku domów. Co jakiś czas obok przejeżdżał osobowy samochód.
Czułaś się jak jakaś idiotka. Nie miałaś żalu do nikogo. Nikt nie był winny tej sytuacji oprócz ciebie samej. Mogłaś sobie odpuścić ten jebany wypad z przyjaciółkami. A jednak coś cię podkusiło i wyszłaś z domu. Gdybyś wtedy została...
Ale nie to było dla ciebie najgorsze.
Tak naprawdę spać ci nie dawały trapiące wyrzuty sumienia. Plujesz sobie w brodę przez to, że w to wszystko wciągnęłaś Kamila.
Znaliście się od lat. Był twoim najlepszym przyjacielem, zawsze mogłaś na niego liczyć. Jak byłaś chora, przynosił ci lekcje. Gdy ktoś cię prześladował, on zaraz pojawiał się przy tobie. A ty jak mu się odwdzięczyłaś?
Przez ciebie musiał zabić człowieka, nie ważne, że w twojej obronie.
Przez ciebie musiał uciekać przed szaleńcami pragnącymi zemsty.
To przez ciebie będzie musiał do samego końca żyć ze świadomością, że pozbawił kogoś życia.
Tego nie mogłaś sobie wybaczyć. To przez to od paru dni prawie nie zmrużyłaś oka. Spokojnie otrzymałabyś tytuł najgorszej przyjaciółki na Ziemi. Nie! We wszechświecie.
Z ponurych rozmyślań wyrwał cię głos Kamila oraz jego ręka na twoim ramieniu.
- Hej, ______ wstawaj. Dojechaliśmy - rzekł spokojnie chłopak, lekko potrząsając twoim ramieniem.
Wzdrygnęłaś się. Tak mocno zagłębiłaś się w swoich myślach, że nawet nie zauważyłaś, kiedy dotarliście do miasta.
Za bardzo się nie rozglądałaś. Obawiałaś się, że ktoś mógłby was rozpoznać. Poprawiłaś kaptur ruszając za Kamilem. W tej chwili był jedyną osobą, której możesz zaufać. W głębi duszy cieszyłaś się, że nie jesteś w tym wszystkim sama. Przy tym chłopaku na swój sposób czułaś się bezpieczna.
Zaskoczyło cię i to nie raz, że potrafił w takiej sytuacji zachować spokój oraz jasność umysłu. Gdyby nie on dopadliby cię podwładni tamtego wariata.
To Kamil zorientował się, że na komisariacie jest coś nie tak.
Po tym co stało się na stacji benzynowej byłaś roztrzęsiona. Nie potrafiłaś sklecić jednego, krótkiego zdania bez jąkania. Wtedy pomógł ci Kamil. Wspierał cię w trakcie przesłuchania i, kiedy trzeba było opowiedzieć co stało się na stacji, zajął się tym.
Policjanci wysłuchali was i kazali poczekać na korytarzu. Siedziałaś z podkulonymi nogami na metalowym krześle. Już nie płakałaś. Czułaś się zmęczona tym wszystkim. Ale byłaś też wdzięczna, że to koniec. Marzyłaś, aby wrócić do domu.
Jednak nie było ci to dane.
Obok was przeszedł policjant oraz jakiś mężczyzna. Za bardzo się nimi nie interesowałaś. Myślami byłaś już u siebie w pokoju. Lecz nagle usłyszałaś głos Kamila.
- Nie ruszaj się - szepnął spokojnie. Zrobiłaś tak jak kazał. Ale poczułaś się nieswojo. Miałaś złe przeczucia. - Zdaje mi się, że ten facet ma taki sam tatuaż jak ten co cię porwał - dodał.  Jego słowa cię zastanowiły. O jaki tatuaż mu chodziło? Nie byłaś pewna czy ten "taksówkarz" jakiś miał. Ale z drugiej strony zbytnio mu się nie przyglądałaś. Może miał jakiś, a ty go zwyczajnie nie zauważyłaś? - Lepiej stąd chodźmy. To nie jest normalne.
Po tych słowach jakimś cudem udało wam się wyjść z komisariatu bez jakichkolwiek trudności.
Ale ktoś zauważył was na zewnątrz. Typek z tatuażem. Wsiedliście do pierwszego lepszego autobusu. Lecz nawet w środku słyszałaś jego groźby. Tamten facet krzyczał, że was zabije. Pomści swojego szefa.
Zasnęłaś wtedy zapłakana, wtulając się w Kamila.
Od tamtego czasu minęły trzy dni. Nawet nie wiesz ile kilometrów przejechaliście, ani gdzie jesteście. Nie zwracałaś uwagi na tablice informacyjne. Powierzyłaś wszystko Kamilowi, a on z tym sobie dobrze poradził.
Teraz razem z Kamilem siedzieliście w jakimś zapuszczonym motelu na przedmieściach. Opłaciliście pokój na piętrze na dwie noce.
Siedziałaś na łóżku, wpatrując się w telewizor. Była dziewiętnasta i leciały wiadomości. Lecz nie słuchałaś ich zbytnio. Zastanawiałaś się jak rozwiązać zaistniałą sytuację. Nie mogliście udać się na policję, bo nie mieliście pewności, że ci goście nie mają więcej wtyk. Prosić o pomoc znajomych albo rodzinę też nie było dobrym rozwiązaniem. Nie chcieliście, aby ktoś miał przez was kłopoty. Byliście w kropce. Żadne z was nie wiedziało jak z tego wybrnąć. Mogliście tylko uciekać.
Z zamyślenia wyrwał cię Kamil. W dłoni trzymał butelkę z wodą. Podziękowałaś za nią. Odkręciłaś nakrętkę i nagle zamarłaś. Butelka wypadła ci z ręki. Cała jej zawartość wylała się na dywan.
A ty wpatrywałaś się w wasze zdjęcia, pod którymi był napis "Poszukiwani przez Interpol".
Nie wiedziałaś co masz w tej chwili robić. Z minuty na minutę było gorzej. Nawet nie wiesz kiedy zaczęłaś płakać. Kamil od razu usiadł obok ciebie, obejmując cię ramionami. Łkałaś w jego koszulę.
- Nie martw się, _____. Obronię cię.
...
Twoja pamięć powoli wracała od kiedy opuściłaś szpital jakiś tydzień temu. Zdarzało cię się miewać przebłyski wspomnień. Lecz nadal nie pamiętałaś wszystkiego i najważniejszego - zbliżenia z Kamilem. Wiesz, że podczas ucieczki staliście się dla siebie kimś więcej. I, że się kochaliście. A potwierdzenie tego nadal leżało na twoim biurku. Nie wyrzuciłaś jeszcze pozytywnego testu ciążowego. Nadal trudno było ci to przyjąć do wiadomości. Ty matką?
Marzyłaś, aby kiedyś założyć rodzinę, ale, że teraz? Nie poradziłaś sobie jeszcze z traumą po tym co się stało. Nie byłaś pewna, czy dasz sobie radę. Plus był jednak taki, że Kamil po usłyszeniu tych wiadomości zadeklarował się pomóc. Obiecał, że nie zostawi cię z tym samej. Przynajmniej nie okazał się skończonym dupkiem. Ale nadal miałaś w głowie ten sen ze szpitala z Kamilem w roli głównej. Nie byłaś pewna, czy to wasze zbliżenie było dobrowolne. 
Masz mętlik w głowie. Z jednej strony Kamil to twój najlepszy przyjaciel, może nawet i coś więcej. A z drugiej ten sen. On na pewno nie pojawił się bez powodu. Albo zwariowałaś. Naprawdę niczego nie byłaś już pewna.
Nagle usłyszałaś burczenie. Dobiegało z twojego brzucha. Jeszcze nie jadłaś obiadu. Powoli zwlokłaś się z kanapy z zamiarem pójścia do kuchni. W lodówce miałaś rybę w panierce. Do tego do piekarnika włożyłaś ziemniaki. Gotowe prosto ze sklepu, wystarczyło tylko podgrzać.
Po jakiś piętnastu minutach, ponownie siedziałaś na kanapie zajadając obiad. W telewizji leciała reklama okularów. Jakaś kobita wpatrywała  się w tablicę z alfabetem, a mężczyzna wyglądający na lekarza mówił coś o nowych okularach.
Westchnęłaś ciężko. Nie ma co życie dało ci w kość i to porządnie. Spojrzałaś na karteczkę, leżącą na stole. Byłaś umówiona na sesję terapeutyczną z Kamilem. Przecież nie możesz prawie co noc budzić się z wrzaskiem i oglądać się paranoicznie na ulicy. Do tego jeszcze pierwsza wizyta u ginekologa.
Musiałaś wrócić do życia. Jak nie dla siebie to dla dziecka.
Twoje rozmyślania przerwał dzwonek do drzwi. Najpierw pomyślałaś, że to Kamil, ale on ma klucze do drzwi. Po twoim karku przeszedł dreszcz. A co jeśli to jakiś kolejny maniak? Wzięłaś głęboki wdech. Próbowałaś się uspokoić. Przecież nie możesz bać się zwykłego dzwonka do drzwi.
- Weź się opanuj ____ - powiedziałaś do siebie dla pokrzepienia.
Wstałaś z kanapy, udając się w stronę drzwi. Dla pewności wolałaś najpierw spojrzeć przez wizjer. Przezorny zawsze ubezpieczony.
Nie mogłaś uwierzyć własnym oczom. Myślałaś, że to już koniec. Jednak los znowu sobie z ciebie pokpił. Za drzwiami stał ten sam gość z Interpolu, który zorganizował pułapkę. Spotkałaś go też po swoim wyjściu ze szpitala. To on zapewnił tobie i Kamilowi sesje u psychologia w ramach przeprosin za posłanie do szpitala. Ale to tu robił?
Jedynym sposobem, aby się dowiedzieć jest otwarcie drzwi, więc do dzieła.
Chwyciłaś za klamkę, uprzednio otwierając zamek. 

wtorek, 25 lipca 2017

5 minut

L
ink
Dochodziła północ.
Pomieszczenie oświetlał tylko ekran komputera. Reszta sypialni znajdowała się w mroku nocy. Panowała w nim cisza. Ale nie taka zwykła. Przesiąknięta była stresem oraz napięciem. Kobieta siedząca przy biurku, nie zauważyła jak do pokoju przez uchylone drzwi wszedł kot. Otarł się o nogę krzesła, miałcząc przy tym. Domagał się uwagi, ale jej nie dostał. Zrezygnowany wskoczył na parapet. Przyglądał się gałęziom drzew, na których spostrzegł śpiące ptaki. Dalej za bramą ogrodu znajdowały się kolejne domy. We wszystkich ludzie już spali.
Tylko ona wpatrywała się wyczekującym wzrokiem w ekran komputera. Siedziała już tak od co najmniej dziesięciu minut. Znowu nie mogła się doczekać, aż na ekranie pojawi się okno czatu.
Co jakiś czas zmieniała pozycje. Teraz siedziała z podkulonymi nogami pod brodą. Objęła je rękoma, czekając. Lekko przechyliła głowę, zerkając na zegarek. Zostało osiem minut do godzinny zero. Westchnęła ciężko. Ostatnie kilka minut zawsze niemiłosiernie jej się dłużyło. Jednak uważała, że chociaż pięć minut rozmowy z Nim jest tego warte. Oparła się o krzesło.
Tak za Nim tęskniła. Każdego dnia budziła się z nadzieją, że już wrócił do domu... że czeka na Nią na dole w kuchni, smażąc Jej ulubione naleśniki. Zawsze tak robił, gdy wracał do domu. Lecz nigdy nie wiedziała, kiedy to nastąpi. Dziś, jutro, a może za miesiąc?
Ale kiedy wracał zapominała o wszystkich nieprzespanych nocach, o stresie związanym z jego pracą. Po prostu cieszyła się z tego, że wrócił. Jednakże była też druga strona medalu. Nigdy też nie wiedziała ile czasu dane będzie im spędzić razem. Wiedziała, że mogą go wezwać w każdej chwili.
Czasami zdarzało się tak, że wracał do Niej tylko po to, aby przez moment Ją zobaczyć.
Takie chwile bolały ją najbardziej.
Zdawała sobie sprawę, że jego praca jest niezwykle ważna. On chronił ludzi, pomagał im, ratował ich. Lecz jak każdy w takiej sytuacji okresy wątpliwości. Zadawała sobie wtedy pytania.
Czy on musi tam jechać?
Nie mają kogoś innego, aby mógł to zrobić?
Dlaczego nie może zostać ze mną?
Po co to robi, skoro jest ryzyko, że nie wróci?
To one nurtowały ją w samotne noce po ich krótkiej rozmowie. Zastanawiała się wtedy, czy jak wróci... Jeśli wróci nie poprosić go, aby odszedł.
Przecież jest tylu innych ludzi.
Szybko znajdą kogoś na jego miejsce.
Myślała tak najczęściej do rana, dopóki pierwsze promienie słońca nie wdzierały się do jej sypialni. Uświadamiała sobie, wtedy, że kolejny raz nie spała. Przeciągała się na krześle, patrząc w biały sufit. W myślach karciła siebie za takie pomysły. Nie chciała stawiać ukochanego w sytuacji, gdzie musiałby wybierać między Nią, a swoją pracą.
Była pewna, że wybrałby Ją. Lecz za jaką cenę. Miała świadomość tego, że przez resztę życia byłby nieszczęśliwy, nie mogąc robić tego co kocha. A ona żyłaby z wyrzutami sumienia, że kazała mu wybierać.
Nie chciała wywierać  na nim presji. Dlatego dawno już zdecydowała, wychodząc za niego, że będzie musiała pogodzić się z takim losem. Znała konsekwencje swoich czynów i tego co może ją czekać, jeśli postanowi z Nim żyć. A jednak mimo wszystko wybrała Go.
Ponownie spojrzała na zegarek. Została minuta do północy. Gwałtownie wyprostowała się, chwytając myszkę.
To On jako pierwszy dawał znak życia. Ostatnia minuta była dla niej zawsze najgorsza.
To właśnie w niej ujawniał się najbardziej skrywany lęk kobiety.
A co jeśli okno się nie pojawi? Jeśli nie żyje, a rano powita mnie, któryś z jego przełożonych?
W tym momencie była bliska płaczu. Z tych nerwów zaczęła stukać palcami o biurko. Jej pupil wyczuł napięcie. Wstał, przeciągając się. Zeskoczył z parapetu na biurku. Otarł się o rękę właścicielki, a ta mechanicznie zaczęła głaskać kota po grzbiecie.
Kilka sekund do północy. Kobieta zacisnęła palce na myszce, gotowa w każdej chwili kliknąć ikonę.
3...
2...
1...
Północ.
I nic.
Nie pojawiła się żadna słuchawka. Kobieta momentalnie zamarła. Przestała głaskać kota. Wpatrywała się tylko pustym wzrokiem w ekran. Nic. Jej twarz powoli bladła, a w oczach pojawiały się łzy.
W głowie jak echo odbijały się tylko trzy słowa.
On nie żyje
On nie żyje
On nie żyje
Czuła jak cały świat wali się. Jak wszystko przestaje mieć sens. Po jej policzkach zaczęły spływać łzy. W gardle rosła jej olbrzymia gula. Powoli traciła dech w piersiach.
I gdy zegar wskazywał cztery minuty po północy, wtedy gdy chciała już wyłączyć urządzenie pojawiła się ikona słuchawki.  Ciszę przerwał pierwszy sygnał.
W pierwszej chwili nie wierzyła własnym oczom. Myślała, że z rozpaczy ma przywidzenia. Siedziała  i wpatrywała się w ekran. Drugi sygnał wyrwał ją z transu. Kliknęła słuchawkę, zanim rozległ się trzeci, ostatni sygnał.
Jej oczom ukazała się znajoma twarz męża. Delikatny uśmiech, którym zawsze ją witał.
- Cześć - Jego głos wydobył się z głośnika, przerywając ciszę. Spojrzał na żonę. Wiedział, że czekała. Spostrzegł jeszcze zaczerwienione oczy. - Przepraszam. Mamy tutaj słaby zasięg - Zaczął uspokajać ukochaną, która jak zaklęta wpatrywała się w niego. Jego słowa docierały do niej jak za szyby. Lekko stłumione. - Nic mi nie jest - Te słowa zadziałały jak zaklęcie. Kobieta słabo uśmiechnęła się przez łzy.
- Cześć...
Reszta rozmowy minęła im jak zwykle. Opowiadali sobie jak minął im dzień. Chociaż On trochę uogólniał, ponieważ nie mógł zdradzać szczegółów misji. Ale to starczyło. Oboje byli szczęśliwi.
Jednak to tylko pięć minut.
Pod koniec jak zawsze spytała o to samo.
- Kiedy wrócisz? - zapytała niemrawo. On uśmiechnął się słabo, współczująco.
- Może uda mi się w tym tygodniu - Lecz on nie miał na to wpływu. Zawsze mogło coś wypaść i mógł zostać tam dłużej. Tego nigdy nie mógł jej obiecać.
- Kocham cię - powiedziała z uśmiechem oraz wielką miłością w oczach.
- Też cię kocham - rzekł.
To była ich forma pożegnania. Żadne z nich nie miało w sobie tyle siły, aby powiedzieć "do widzenia", ani rozłączyć się.
Ostatni raz tej nocy spojrzała w ciemne oczy męża i...
Utracono połączenie


środa, 19 lipca 2017

To nie pożegnanie



W trakcie ulewy, 
Gdy słychać tylko monotonne uderzanie kropel deszczu,
Gdy chmury zasłaniają słońce, 
Gdy na zewnątrz ciemno i ponuro.
Myślę, że żal i smutek, które mną zawładnęły
W ten Dzień Straty
Będą trwać wiecznie
Wyryte głęboko w moim sercu
Jak i bliskich Ci osób.
Lecz nic nie trwa wiecznie.
Jak ulewa kiedyś się kończy, 
Tak samo stanie  zegar życia.
Jednak rozpacz też nie jest wieczna.
Czas koi ból.
Jak po ulewie pojawia się słońce,
Ja wiem, że Ty obserwujesz nas.
Po pierwszych łzach
Pojawia się ulga, bo już nie cierpisz
Oraz nadzieja, że nie mówimy sobie "żegnaj"
Tylko 
"Do widzenia"

poniedziałek, 10 lipca 2017

Mojmira - Rozdział II




Spis Treści
Rozdział II (obecnie czytany)
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V

...

15 maja. Piątek. Godzina 11:35  
 Mira  siedziała w szkolnej ławce lekko zgarbiona. Pod stołem w rękach trzymała telefon z włączoną nową grą. Celem gry było znalezienie ośmiu kartek rozrzuconych po lesie. Podczas tego zadania, gracza ścigała postać bez twarzy – Slenderman 
Me co jakiś czas ukradkiem patrzyła na nauczyciela religii. Katecheta oglądał razem z klasą jeden z typowo religijnych filmów. Mojmira zbyt zainteresowana grą nie usłyszała nawet tytułu. Jedyne co zrozumiała, że film został nagrany w języku hebrajskim.  
Jakby katecheta spytał ją teraz o fabułę filmu, nie potrafiłaby nic powiedzieć. Tak bardzo wciągnęło ją poszukiwanie kartek.  
W jednym uchu miała małą słuchawkę, niewidoczną przez włosy. Słyszała kroki oraz oddech postaci, towarzyszył też temu cichy szum lasu. Wszystko zdawało się mroczne. Mira zaczęła kierować się w stronę jakiegoś opuszczonego budynku. Miała już pięć kartek oraz nie spotkała jeszcze Slendermana, co ją trochę dziwiło.  
W recenzjach jakie czytała na temat tej gry pisało, że potrafił pojawić się już po zdobyciu pierwszej kartki. Jednak ona nie spotkała go ani razu. Nawet ekran nie śnieżył.
Może gra jest zepsuta, pomyślała, przeszukując stary budynek.  
Badała uważnie każdy zakamarek pomieszczenia, właśnie miała przejść do kolejnej lokacji, kiedy ekran zaczął śnieżyć. Mojmira czuła dziwny dreszcz przebiegający po karku. Ręce zaczęły drżeć. Nastolatka niepewnie poruszyła postacią. Znalazła się na korytarzu. Ekran zaczął jeszcze bardziej śnieżyć. Gdy nagle na ekranie pojawiła się postać bez twarzy. Zrobiła to tak gwałtownie, że Me, aż podskoczyła.  
Nie bała się, raczej była zaskoczona nagłym pojawieniem się Slenderman'a. Wzięła głęboki wdech, naciskając ikonę "graj dalej". Dopiero teraz zorientowała się, ze serce wali jej jak szalone. Może i nie była to jakaś mega straszna albo wymagająca gra, jednak potrafiła stworzyć nastrój grozy.  
- Co ty robisz? - spytała Mary niczego niespodziewającą się Me. Tym razem dziewczyna ze strachu upuściła telefon na podłogę. 
- Dziewczyny, czy my wam w czymś przeszkadzamy? - zapytał ksiądz, odwracając się w stronę hałasu.
- Nie, proszę księdza - powiedziała szybko Mira, podnosząc telefon. Kiedy nauczyciel odwrócił się nastolatka, obejrzała urządzenie.  
Ekran cały. Można grać, pomyślała. Wcisnęła start i ponownie szukała kartek.
- Po co w to grasz? - zapytała szeptem Mary. Wolała uniknąć kolejnego upomnienia od katechety.
- Ten cały Slenderman jest ciekawy - powiedziała Me, nie odrywając wzroku od wyświetlacza. - Możesz mnie ostrzec jak będzie patrzył?
- Okej - westchnęła ciężko Mary.  
Znała swoja przyjaciółkę lepiej niż inni i wiedziała, że jeśli Mojmira wciągnie się w coś , czy to gra, książka albo jakaś inna rzecz, zrobi to do końca, nie bacząc na konsekwencje. A powód był prosty, ciekawość. Zwykłe niezaspokojone pragnienie wiedzy. Czy to mała drobna rzecz lub sekret skrywany przez lata. Po prostu chciała wiedzieć jak każdy.  
Tak samo jak ty, czytelniku. W końcu to jest powód, dla którego to czytasz, prawda? By odkryć tajemnicę jaką rozwikłała Mira. Ale wracajmy do opowieści.
- Lepsze to niż szukanie mordercy po lesie - skwitowała Mary pod nosem. 
- Co? - zapytała Me, wytrącona z rytmu gry. 
- Nic, graj dalej - odrzekła nastolatka. Mojmira wzruszyła tylko ramionami, wracając do zbierania kartek.   
Kilka minut potem zadzwonił dzwonek na przerwę. Dziewczyny szybko się spakowały, unikając złowrogiego wzroku księdza.  
Zmierzały w stronę biblioteki szkolnej, ponieważ miały teraz godzinę wolną.  
Biblioteka jak biblioteka. Mnóstwo książek, głównie lektur i podręczników. Jednak znajdowały się w niej też książki młodzieżowe oraz kilka komputerów, które nie zawsze chciały współpracować.  
W powietrzu unosił się zapach starego papieru oraz atramentu. Można też było wyczuć nutę cytryny - ulubionej herbaty bibliotekarza.  
Był to starszy, ale uprzejmy pan. Lecz nie lubił jak ktoś łamał zasady panujące w bibliotece.  
Dziewczyny przeszły obok masywnego, dębowego biurka. Za nim siedział pan Dorian.
- Dzień dobry - powiedziały chórem nastolatki.  
Bibliotekarz uniósł wzrok znad starej, lekko podniszczonej książki. Uśmiechnął się przyjaźnie na widok uczennic. 
- Zgaduję, że macie teraz wolną godzinę? - spytał pan Dorian.
- Tak, a czy komputery są wolne? - zapytała Mary. Bibliotekarz pokiwał twierdząco głową, a dziewczyny poszły na tyły pokoju, gdzie znajdowały się urządzenia.  
Komputery stały na końcu pomieszczenia. Wyglądały one jak stare komputery z dużym ekranem, przypominającym skrzynię oraz stacja dysków. Mimo, że wyglądały jak nie z tej ery miały dopiero sześć lat. Oddzielone były od siebie szafkami z książkami. Dawało to niewielkie poczucie prywatności.  
Nastolatki usiadły przy biurku, a Mira zapaliła lampkę.
- No to co takiego chciałaś mi pokazać? - spytała Me, opierając się łokciem o blat.
- Kiedy ty grałaś, ja znalazłam coś co może ci się spodobać - odrzekła tajemniczo Mary, włączając urządzenie.  
Mojmira przyglądała się z wielkim zaciekawieniem jak przyjaciółka przeszukuje Internet, aż w końcu wchodzi na YouTube. W bibliotece panowała cisza. Niewielu uczniów chciało tutaj siedzieć, jeśli mogli wymknąć się ze szkoły i posiedzieć w kafejce internetowej. Woleli iść tam niż siedzieć tutaj, gdzie musieli uważać na hałas.  
Ciszę w bibliotece przerywało ciche stukacie klawiszy komputera oraz monotonne tykanie zegara. Mary wpisała w wyszukiwarce  dwa słowa. 
                                                                                   Marble Hornets 
Nastolatka kliknęła w pierwszy filmik zatytułowany "Entry #1". Szybko go za pauzowała i wyciągnęła z plecaka słuchawki. Podłączyła je do komputera.
- Co to jest? - zapytała Me, biorąc jedną słuchawkę.
- Amatorski serial o spotkaniu ze Slenderman'em - odrzekła krótko Mary, włączając filmik.   
Dziewczyny oglądały w ciszy. Żadna z nich nie mówiła nic w trakcie trwania filmiku, chociaż skończył się po kilku minutach. Nastolatki nie wiedziały jak zareagować na ten kiepsko wykonany filmik. Obraz co chwila śnieżył albo po prostu był zamazany. A do tego uszkodzony dźwięk. Ogólnie graficznie nie zachęcał, jednak miał jeden plus. Tajemniczą fabułę, która na pierwszy rzut oka wydawała się bezsensowna.  
Dopiero przy piątym odcinku zorientowały się, że jest tu jakiś głębszy sens. Zanim zaczął się szósty, Mary zatrzymała filmik, wyjmując słuchawkę.
- I co o tym myślisz?  - zapytała Mary.
- Możemy oglądać dalej? - spytała Me. Jej przyjaciółka w odpowiedzi tylko się zaśmiała, jednak nie puściła odtwarzania. - Na co czekasz?
- Chciałam ci to pokazać, bo znalazłam to jak grałaś na religii. A teraz możemy odsłuchać creepypasty o Masky'iem i Hoody'iem - powiedziała, wpisując w wyszukiwarkę poszukiwaną frazę. Bez trudu ją znalazły i odsłuchały.  
Historia opowiadała o dwóch braciach Tim'ie i Brain'ie, którzy maltretowani byli przez matkę. Do momentu kiedy jeden z nich nie wytrzymał i ją zabił. Potem uciekli z domu do lasu, a tam spotkali Slenderman'a.  Ta historia w pewnym stopniu zdawała się Mojmirze dziwnie znajoma, mimo, że nigdy wcześniej nie czytała tej creepypasty. Nie wiedziała skąd jej się to kojarzy. Postanowiła podzielić się ze swoimi spostrzeżeniami z przyjaciółką.
- Może chodzi ci o ta sprawę przed pół roku?- zaczęła przyjaciółka. -  Wiesz ta niedaleko Londynu, kiedy znaleziono martwego mężczyznę we własnym mieszkaniu. Kamery nagrały dwóch sprawców. Jeden miał pomarańczową bluzę i kominiarkę, a drugi maskę. Uznano, że to Masky i Hoodie, chociaż zdjęcia są niewyraźne. Traktuje się ich jak duchy. Przypisuje do niewyjaśnionych spraw - dokończyła.
- Nie to nie to. Dobrze wiesz, że nie często czytam wiadomości - odrzekła Mojmira, nadal się zastanawiając, skąd kojarzy tą pomarańczową bluzę i historię. Oparła się o krzesło lekko się na nim bujając. Zamknęła oczy i zaczęła analizować sytuację.  
Na pewno skądś kojarzę tą historię, a przynajmniej jej część. Ktoś mi chyba o niej kiedyś mówił. Tylko kto? Nie wiem. I jeszcze ta bluza, czy to nie jest przypadkiem ta, którą widziałam wczoraj? Lecz czy aby na serio ją widziałam? Coś mi mówi, że rozwiązanie tego będzie ciekawe. Pomyślała Mojmira. I już nawet chyba wiem kto mi odpowie na parę pytań. 
Mojmira gwałtownie zerwała się z krzesła, biegnąc w kierunku wyjścia z biblioteki. Zdezorientowana Mary na początku nie widziała co się dzieje, ale mimo to pognała za przyjaciółką.  
Me zatrzymała się przy biurku pana Doriana. Zaskoczony bibliotekarz o mało co nie spadł z krzesła.  
Po chwili dotarła do niej Mary, właśnie wtedy gdy pan Dorian usadowił się na krześle.
- A cóż to za ożywienie?  - zapytał mężczyzna.
- Kojarzy pan osoby o imieniu Tim i Brain? Czy któryś z nich nie nosił przypadkiem pomarańczowej bluzy? - spytała Me. Dopiero wtedy jej przyjaciółka zrozumiała o co jej chodziło. Ale co takiego  oni mieli wspólnego z bibliotekarzem.
- Me, o co.. - zaczęła Mary, ale uciszyła ją Mojmira gestem ręki. Nastolatka lekko urażona zachowaniem przyjaciółki, oparła się o blat.  
Pan Dorian spojrzał na uczennicę. Zastanawiał się nad odpowiedzą. Trochę mu zajęło przypomnienie sobie tych osób.
- Tak. Kojarzę. To byli bracia bliźniacy. Zupełnie do siebie niepodobni. Bardzo cisi i spokojni chłopcy. Na nazwisko mieli chyba Smith, ale nie jestem pewien. A do czego wam to potrzebne? - zapytał bibliotekarz podejrzliwie. Niecodzienne było takie nagle zainteresowanie się byłymi uczniami.
- Chodzi o szkolną kronikę. Mamy opisać wybitnych uczniów - wymyśliła na poczekaniu Mojmira. Miała nadzieję, że mężczyzna jej uwierzy.
- Ach. To w porządku. Brain z tego co pamiętam bardzo dobrze się uczył - powiedział pan Dorian. Me od razu poczuła ulgę. Miała już pewne podejrzenia co do tych dwóch chłopaków. - Jeśli to wam pomoże mogę udostępnić wam szkolne archiwum. Jednak za wiele tam nie znajdziecie. Ci dwaj zniknęli w połowie drugiej klasy liceum – rzekł bibliotekarz, wstając z krzesła. Dziewczyny spojrzały po sobie na słowo "zniknęli". Mężczyzna skierował się w stronę  drzwi za ladą z napisem "Archiwum". Gdy stanął w otwartych drzwiach, zaprosił gestem ręki dziewczyny do środka.
- Co to znaczy zniknęli? - dopytywała Mary. Musiała przyznać, że ta sprawa też i ją zaczęła intrygować.  
Póki jest bezpiecznie, możemy trochę poszukać. Nikomu to krzywdy raczej nie zrobi. Pomyślała Mary, wchodząc do pomieszczenia razem z Me.
- Przepraszam, nie o to mi chodziło - rzekł pan Dorian, zapalając światło. Żarówka rozświetliła pokój pełen stalowych półek z kartonami. Bibliotekarz rozglądał się w poszukiwaniu odpowiedniej teczki. - Po prostu pewno dnia zniknęli i więcej się nie pojawili. Dopiero po kilku dniach okazało się, że przeprowadzili się. Było to dziwne, ponieważ w takich sytuacjach powinni powiadomić szkołę parę dni wcześniej. Ale najdziwniejsze było to, że ich matka nie pojawiła się w szkole osobiście tylko wysłała wszystko pocztą i to bez adresu zwrotnego. - wyjaśnił. Nastolatki ponownie spojrzały po sobie. Sprawa "wyprowadzenia się" braci była dość intrygująca. W tym czasie pan Dorian odnalazł właściwą teczkę. - Prosiłbym, jedynie abyście zrobiły to w bibliotece. Bez pisemnego upoważnienia nie mogą one opuścić biblioteki.
- Dobrze, szybko się z tym uporamy - rzekła Mojmira, biorąc gruba kopertę. - A czy są tu dokumenty obydwu chłopaków? - dopytała. W odpowiedzi pan Dorian pokiwał tylko głową. - Dziękujemy - powiedziała Mira, popychając swoją przyjaciółkę do wyjścia.  
Kilka minut potem siedziały przy jednym ze stolików w bibliotece, tym najbardziej oddalonym od wejścia. Na blacie rozłożone leżały  stare dokumenty bliźniaków. Mojmira starannie przyglądała się papierom. A w tym czasie jej przyjaciółka próbowała zrozumieć powód jej działań.  
- Po co to robisz? - zapytała Mary, pobieżnie przyglądając się dokumentom.  
- Czy nie uważasz za dziwne, że mordercy Hoody i Masky mogą mieć na imię jak dawni uczniowie tej szkoły? - spytała Moja, nawet nie podnosząc wzroku znad papierów.  
- Me, zastanów się ile w tym kraju jest chłopaków o imieniu Brain albo Tim? I dlaczego miałyby być to ich prawdziwe imiona? - ciągnęła Mary, wątpiąc w teorię przyjaciółki. - Może po prostu autorowi tej pasty spodobały się te postacie i postanowił nadać im takie imiona? - zasugerowała.
- To co robiłby wczoraj pod naszą szkołą chłopak z pomarańczowej bluzie?  - odrzekła Mira. Wcześniej nie powiedziała przyjaciółce o tajemniczej postaci. Nie uważała tego za istotne, lecz teraz sprawa uległa zmianie. Mary na te słowa o d razu się wyprostowała. Nie bardzo wiedziała co powiedzieć. Rzeczywiście to było dziwne. A co jeśli to prawdziwy morderca, pomyślała z lekkim przestrachem Mary. - Dość prawdopodobne wydaje mi się, ze nasi bliźniacy mają z nimi jakieś powiązanie. Może ten wczorajszy chłopak to Hoody? Może chciał zobaczyć swój stary dom? Podobno mordercy też mają sumienie - odrzekła nastolatka, biorąc kolejne papiery.
- Wiesz to robi się trochę naciągane, nie uważasz? - rzekła Mary. To co przed chwilą powiedziała jej przyjaciółka wydawało się wręcz niemożliwe.
- Możemy się upewnić, czy to byli naprawdę oni - odrzekła Me, odłożyła kartkę  na stół. Spojrzała na swoja towarzyszkę z dziwnym błyskiem w oku. Mary wiedziała co znaczyła ta iskierka. Mojmira wkręciła się w to małe śledztwo, a ten błysk nie zwiastował nic innego jak kłopoty. - Musiałabyś tylko sprawdzić, gdzie znaleziono pierwsze ofiary Hoody'iego i Masky'iego.
- Czy ty prosisz mnie, aby włamała się do bazy policyjnej? - upewniła się Mary, patrząc na Me jak na wariatkę. W odpowiedzi Mojmira tylko się przebiegle uśmiechnęła. - Zwariowałaś. Mogę mieć przez to kłopoty!
- Mówi dziewczyna, która skorzystała z uprawnień brata, aby wymazać sobie mandat - rzekła pewnie Mojmira, pochylając się nad dziewczyną.  
Mary natychmiast zbladła. Zupełnie zapomniała, że jej przyjaciółka to wie.  
Eh... Skubana. Jednak musze to zrobić. Większych kłopotów i tak nie będę mieć. Jak pomyślała tak zrobiła. Jednak zanim to uczyniła zmieniła kartę w swoim telefonie. Mary jako jedna z niewielu osób miała telefon na kartę. Z racji tego, że kiedyś przegadała na telefonie kilka godzin, wydając przy tym prawie 150 funtów. Od tamtej pory musiała korzystać z kart za własne pieniądze.  
- Ale wisisz mi nową kartę do telefonu - rzekła ostrzegawczo przyjaciółka. 
 Me przytaknęła tylko w odpowiedzi,  po chwili z powrotem zatopiła się w papierach. Chciała znaleźć nowy adres chłopaków, a jak by się nie dało to stary. Może też i jakiś numer kontaktowy, chociaż w to wątpiła. Telefony mogły być już nieaktualne. Minęły w końcu prawie cztery lata od ich zniknięcia. W tym czasie Mary przeszukiwała policyjne archiwum.  
Jednak zanim zdążyły cokolwiek zrobić zadzwonił dzwonek. Mary spojrzała tylko na przyjaciółkę pytającym wzrokiem. Mogły tu zostać lub iść na lekcję. Ale istniało ryzyko, że następnym razem nie dostaną akt, bo pan Dorian powiadomi o tym nauczycieli. A prawda wyjdzie na jaw.
- Teraz mamy w-f. Pan Erik nie powinien zauważyć naszej nieobecności -  odezwała się Me. W okresie matur nauczyciele wf prawie wcale nie sprawdzali obecności jak i inni. To był naprawdę zwariowany czas w szkole. Trudno było czasami ocenić, czy uczeń jest w szkole czy nie. W tym okresie raczej nikogo to zbytnio nie obchodziło. Mary przytaknęła tylko cicho przyjaciółce. -  To wracamy do roboty.  
Jak powiedziała tak się stało. W przeciągu kilku minut były tak zajęte, że nawet nie zauważyły pewnej postaci za regałem, która bacznie im się przysłuchiwała. Nie, to nie był Hoodie ani Masky. Tylko pan Dorian. Znajdował się w cieniu za regałem. Nawet jeśli któraś z dziewczyn zaczęłaby się rozglądać nie zauważyłaby go.
Powodem tego zachowania była zwykła ciekawość. Nastolatki zachowywały się bardzo podejrzliwie. Przysłuchiwał im się jeszcze, ale uznał, że dwie nastolatki raczej niczego interesującego się nie dowiedzą. Odszedł od nich dopiero po chwili, kiedy powróciło znajome ściskanie w żołądku. Głód. Uznał, że to odpowiednia pora na jakąś przekąskę przed porządnym posiłkiem.  
Jakieś dziesięć lub piętnaście minut potem obydwie dziewczyny znalazły to czego szukały. Me nie znalazła aktualnego adresu chłopaków, lecz stary. Na razie to powinno wystarczyć, pomyślała Mojmira, kiedy spisywała nazwę na strzępek kartki.  
Poinformowała o znalezisku przyjaciółkę.
- Nie tylko ty coś znalazłaś. I chyba twoja teoria może być prawdziwa - oznajmiła z niemrawą miną Mary, pokazując Mirze akta pierwszej sprawy powiązanej z Masky'em i Hoodie'm. 


Akta sprawy nr. 231 
 "Krwawe walentynki" 
1. Prowadzący: Podkomisarz J.T. Both 

2. Ofiara/y:  

    Martha Lauren  
      - kobieta, lat 33  
      - żona J. Laurena i matka H. Lauren 
      - zamordowana we własnym mieszkaniu - sypialnia ( zdjęcia  dostępne w załączniku nr. 1a ) 
      - przyczyna zgonu: strzał w głowę ( opis sekcji zwłok dostępny w załączniku nr. 2a )  
      - data zgonu: ok. Godz. 4 w dniu 14 lutego roku 2012 
  
     Jonnathan Lauren 
      - mężczyzna, lat 35 
      - mąż M. Lauren i ojciec H. Lauren 
      - zamordowany we własnym mieszkaniu – korytarz na piętrze przed sypialnią, gdzie chowały się matka i córka (zdjęcia dostępne w załączniku nr. 1b ) 
      - przyczyna zgonu: wykrwawienie ( opis sekcji zwłok dostępny w załączniku nr. 2b ) 
      - data zgonu: 14:23 w dniu 14 lutego roku 2012 w miejskim szpitalu + zeznania ofiary dostępne w załączniku 3 
     
    Hannah Lauren 
       - dziewczynka, lat 10 
       - córka J. Laurena i M. Lauren 
       - zamordowana we własnym mieszkaniu – szafa w sypialni ( zdjęcia dostępne w załączniku nr. 1c ) 
       - przyczyna zgonu: zadźganie ( opis sekcji zwłok dostępny w załączniku nr. 2c ) 
       - data zgonu: ok. Godz. 4 w dniu 14 lutego roku 2012 

3. Sprawca/y: 
    - Ofiara w ciężkim stanie trafiła do szpitala. Podczas przejazdu J. Laurena do szpitala, z wysiłkiem opisał cechy charakterystycznych
morderców jednemu z ratowników medycznych. Potem nie odzyskał przytomności.  
     - Sprawca nr.1 wysoki, młody mężczyzna, lat około 20, szczupły, cecha charakterystyczna: pomarańczowa bluza z kapturem oraz kominiarka 
     - Sprawca nr. 2 wysoki, młody mężczyzna, lat około 20, szczupły, cecha charakterystyczna: biała maska z czarnymi oczami 
Obydwaj sprawcy ( wnioskując z zeznań ) wyglądają podobnie. Nadano im pseudonimy "Hoody" i "Masky".  

4. Dowód/y:
     - brak odcisków palców (sprawcy mogli mieć rękawiczki)  
     - brak narzędzia zbrodni (mordercy musieli wziąć je ze sobą)  
     - odciski butów w plamach krwi (męskie tenisówki rozmiar 42, załącznik 3a) 
     - zniszczony zamek w tylnych drzwiach (brak odcisków palców) 
      - brak śladów butów wokół domu  
      - potłuczone szkło w salonie (brak odcisków palców, ale są ślady krwi napastników, zdjęcia w załączniku 3b) 

5. Przebieg zdarzenia: 
(Z powodu braku zeznań opisany przebieg jest prawdopodobny. Został wywnioskowany z ułożenia ciał, plam krwi oraz skąpych śladów butów sprawców. W dalszej części raportu sprawcy będą zwani jako Hoody i Masky.) 
Napastnikom udało się bezgłośnie wyłamać zamek w tylnych drzwiach od strony ogrodu, co nastąpiło około 4 rano. Sprawcy nie za dobrze znali rozkład domu, ponieważ w salonie któryś z nich (prawdopodobnie w ciemnościach) zbił szklany wazon na stole za kanapą. Hałas musiał zbudzić J. i M. Lauren'ów. Któreś z nich (możliwe, że matka) zabrało dziecko do sypialni i zamknęło się w środku. Następnie J. Lauren poszedł zobaczyć co się dzieje. Z braku zeznań nie jestem pewny jak wyglądała walka oraz czy pozostawienie J. Lauren'a przy życiu było zamierzone.  
Potem Hoody i Masky skierowali się w stronę sypialni. Podejrzewam, że doskonale wiedzieli, gdzie ukryła się reszta rodziny. W innych pokojach nie ma żadnych śladów krwi tylko w sypialni oraz korytarzu.  
Napastnicy napotkali na zatrzaśnięte drzwi. Chwilę się z tym mocowali, a w tym czasie H. Lauren schowała się w szafie rodziców.  
Po tym jak sprawcy dostali się do środka, któryś z nich od razu zastrzelił M. Lauren. Precyzyjny strzał w głowę. Kobieta zmarła na miejscu.  
Następnie mordercy zajęli się dziewczynką. Na jej ciele znajdowały się liczne siniaki, co dowodzi o szarpaninie. Zachowanie małej Hannah musiało zdenerwować napastników, na co wskazują liczne rany dźgane na ciele dziecka.  
Sprawcy uciekli zanim na miejsce przybyła policja zaalarmowana przez sąsiada T. Mclay'a o godzinie 4:43. Mężczyzna, który wrócił właśnie z podróży służbowej, usłyszał krzyki dochodzące z sąsiedniego domu, więc powiadomił policję.  
Jedyne co zauważył T. Maclay to dwie postacie wychodzące przez okno, niestety było zbyt ciemno, aby mógł określić kierunek ucieczki.  

6. Uwagi prowadzącego: 
Napastnicy musieli znać rozkład domu, ponieważ od razu udali się do sypialni. Wynika z tego, że musieli obserwować rodzinę od jakiegoś czasu. Nie jestem jednak zdolny stwierdzić jak długo, ponieważ nikt z rodziny nie powiadomił o prześladowaniu policji ani znajomych.  
Nie jestem zdolny określić tożsamości. Wszyscy potencjalni mordercy albo nie pasują do rysopisu bądź posiadają żelazne alibi.  
Podobnie jest z celem napaści. Z domu nie zniknęły żadne cenne przedmioty ani dokumenty (brak jakichkolwiek śladów przeszukiwania domu), więc muszę odrzucić napaść na tle rabunkowym.  
Nie ma też żadnych oznak napaści seksualnej na M. i H. Lauren 
Możliwe, że zabili ich dla czystej przyjemności.  
                                                         J. T. Both 
                                                                                         17.02.2012r. 
Edytowano 24.02.2012r. 
Brak jakikolwiek tropów, jestem zmuszony zamknąć śledztwo.  

Mojmira w ciszy przyglądała się raportowi. To co przeczytała wydawało się makabryczne. Ale i intrygujące. Me czytając raport zauważyła, że parę rzeczy się nie zgadza.  
Skoro ojciec poszedł sprawdzić, co się dzieje. Dlaczego jego żona nie zadzwoniła na policję? Czemu nie kazała córce uciekać, skoro mieli dom parterowy? Dziwne jest też to, że zostawili tamtego mężczyznę żywego. Tacy ludzie jak oni nie mogli popełnić takiego błędu. I dlaczego tak szybko przerwano śledztwo?, pomyślała Mira. Wiele rzeczy było nie wyjaśnionych, a raport trochę ubogi. Lecz to tylko ze względu braku zeznań.
- Może lepiej nie drążmy tego - rzekła słabo Mary. Te postacie... ci mordercy wydawali jej się odlegli. Jednak z każdą chwilą przerażali ją coraz bardziej. Nie byli już tylko osobami z gazety. Im więcej o nich wiedziała, czuła, że pakuje się w przysłowiowe bagno. - Jeszcze ich spotkamy.
- Wątpię - odrzekła pewnie Me. - Jeśli Tim i Brain to naprawdę Masky i Hoody to raczej tu nie wrócą. Pomyśl tylko jaki morderca wraca na dawne śmieci? To byłoby dla nich zbyt ryzykowne - dodała, podając przyjaciółce telefon.
- Chyba, że jakieś dwie idiotki postanowią wybadać ich przeszłość - skwitowała Mary. Rosło w niej nie tylko przerażenie względem niebezpiecznych osobników, ale też złość na przyjaciółkę. To co robiły nie było legalne. "Włamanie się" do bazy policyjnej, przeglądanie szkolnych akt bez pozwolenia... Trochę się już tego zrobiło. 
- A skąd niby mają się dowiedzieć? - zapytała Mira.
Mogłoby się wydawać, że Mojmira postępuje głupio, ale kto widzi swoje błędy, gdy jest zaślepiony ciekawością? A ile razy my nie baczyliśmy na konsekwencje i robiliśmy rzeczy z powodu naszego zainteresowania? Przecież nikt z nas nie jest idealny. Me była ciekawska, a nawet wścibska.
- A co z tym chłopakiem co go wczoraj widziałaś? - dopytywała Mary. 
Może jak znajdę dziurę w całym to odpuści. Nie bardzo podoba mi się to co robi Me. Pomyślała towarzyszka Mojmiry. 
- Może ta teoria z bluzą jest naciągana. Wiele osób ma pomarańczowe bluzy - rzekła z trudem Mojmira. Musiała przyznać, że w tej sprawie trochę przesadziła. - I... do końca nie jestem pewna, czy ją widziałam. Mogła to też być wina stresu - dodała, nie patrząc na przyjaciółkę.  
Ludziom ciężko przyznać się do błędu. Nie przed innymi, lecz przed samym sobą.  
Mary ciężko westchnęła. Lubiła swoją przyjaciółkę, ale ta czasami robiła naprawdę dziwne oraz niezrozumiałe rzeczy. Tak samo jak teraz. Moja podważała swoje własne teorie albo raczej przypuszczenia.
- Dobra. Uznajmy, że nie było mowy o tej bluzie - odrzekła zrezygnowana. Nastrój Mojmiry od razu uległ zmianie. Nastolatka uśmiechnęła  się.
- A wiesz, gdzie zdarzyło się to morderstwo? - zapytała szybko Me, zanim jej przyjaciółka postanowi odpuścić.  
Mary spojrzała jeszcze raz w dokument, szukając adresu.
- Black Peacock, mniej więcej godzina jazdy samochodem - odrzekła.  
To niedaleko od naszego miasta. Ivy Hill i Black Peacock dzieli około dziewięćdziesiąt kilometrów, pomyślała Me. Raczej nie warto tam jechać. Wszelkie ślady i tak ma już policja. 
- Uważam, że dowiedziałyśmy się dużo. Lepiej oddajmy już te akta - odrzekła spokojnie Moja.  
... 
15 maja. Piątek. Godzina ??? 
Park w Ivy Hill. Rozległy teren, gdzie posadzono głównie drzewa liściaste. Na środku placu, znajdującego się w centrum ogrodu spacerowego. W oddali widać było plac zabaw. Czerwona zjeżdżalnia. Kilka drewnianych huśtawek, poruszanych przez wiatr. Słychać było skrzypienie łańcucha. Na placu bawiły się jakieś widma. Przezroczyste postacie dzieci, lecz nie towarzyszył temu żaden śmiech.  
Zdawały się zaklęte w czasie. Kiedy jakiś berbeć zjechał z zjeżdżalni, natychmiast pojawiał się na jej szczycie.   
Ptaki podobnie. Leciały kawałek przed siebie, a potem cofały się.  
Jedyną osobą, która zdawała się być po za tym wszystkim, okazała się siedmioletnia dziewczynka, odziana w zieloną sukienkę. Pewnie stawiała przed siebie małe bose stópki.  
Dziecko zmierzało przez park, nawet nie oglądając otaczającego ją krajobrazu. Nie dziwił ją fakt, że wszystko wyglądało jak w zaciętym filmie. Takim starym, nagranym na kasetę.  
Sama nie wiedziała, dlaczego kieruje się do wyjścia z parku. Czuła, że coś ją tam ciągnie. Zatrzymała się dopiero jak kątem oka dostrzegła trzy wyróżniające się postacie. Stały one między drzewami.  
Niewysoka dziewczynka, ubrana w białą piżamę. Jej odzienie było podarte jakby ktoś próbował pociąć je nożem. Na ciele dziesięciolatki znajdowała się też krew, która bez przerwy się wypływała z ran, wsiąkając w piżamę. Jej twarz zastygła w grymasie paraliżującego bólu.  
Obok niej, trochę z tyłu tkwił rosły mężczyzna po trzydziestce. Okryty był typowym szpitalnym ubraniem. Białą, skromną piżamą z guzikami. Jednak bandaże wystawały spod odzienia. Znajdowały się też na twarzy, zakrywając ja całą. Oczy zdawały się puste, jakby bez życia.  
A ostatnią osobą okazała się kobieta ubrana w czarną koszulę nocną. Jedyną rzeczą jaka była w niej dziwna to dziura w czole i sącząca się z niej niewielka stróżka krwi.  
Wszystkie trzy postacie bacznie obserwowały dziewczynkę w zielonej sukience. Przyglądali jej się przez chwilę dopóki, ich ciała nie zaczęły się zmieniać. Ich ciała poszarzały i wyglądały jakby gniły. Na twarzach pojawiły ropne parchy. Wyglądem przypominały starodawne wampiry z mitologii słowiańskiej - wąpierze.
Trzy upiory spojrzały wygłodniałym wzrokiem na dziewczynkę. Jej drobne ciało przeszył dreszcz. Serce biło jak szalone. W głowie pojawiła się tylko jedna myśl.  
Uciekaj  
Ale dziewczynka była zbyt sparaliżowana strachem, aby ruszyć się nawet o milimetr. Potwory zbliżały się. Powoli, delektując się zapachem krwi przyszłej ofiary.  
Kiedy stały w odległości zaledwie dwóch metrów, dziewczę poczuło ostre szarpnięcie do tyłu. Świat momentalnie ruszył. Ludzie, ptaki, zwierzęta nagle ożyły. Potwory zmieniły się w pył i uleciały wraz z wiatrem jakby były tylko figurami z piasku.
Do uszu zdezorientowanej dziewczynki dobiegły ptasie trele, śmiechy dzieci oraz pewien znajomy głos.
- Wszystko w porządku? - Dziewczynka odwróciła się i oślepiło ją światło słońca. Zobaczyła jedynie rozmazaną twarz chłopca.  
 
Mojmira leżała na podłodze zaplątana w kołdrę w różowe króliczki. Nogi miała na łóżku, a głowę na ziemi. Reszta ciała wisiała w powietrzu. Jej oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności.
- Co za dziwny sen - rzekła sama do siebie. 
Kiedy zaczęła wstawać, nagle usłyszała skrzypnięcie drzwi i oślepiło ją światło. Instynktownie zakryła oczy rękoma, kładąc się na ziemi.
- Co ty robisz? - usłyszała zaspany głos Marka.
- Odpoczywam - rzekła sarkastycznie Moja, podnosząc się. - Mógłbyś zgasić to światło. - dodała nadal zasłaniając dłonią oczy. Chłopak spojrzał na siostrę lekko zdziwiony. - Co?
- Krew ci leci z nosa - dodał zaniepokojony. - Mam iść po mamę? 
Zaskoczona Me dotknęła skóry pod nosem. Dopiero teraz poczuła ciepłą, lepka substancję. Musiałam mocno uderzyć głową o podłogę, pomyślała.
- Nie trzeba. Poradzę sobie - oznajmiła, przechodząc obok brata w drzwiach. - Lepiej idź spać, krasnalu - rzekła Mojmira, targając czuprynę Markusława. Chłopak skrzywił się na ten gest. Nie cierpiał jak siostra traktowała go jak smarkacza. Zezłościł się i poszedł do pokoju. Był zły na Me, że nadal uważała go za małolata. Potrafił radzić sobie sam.  
Jednak był niespokojny. Przykrył się kołdrą po szyję i obserwował światło, wdzierające się przez próg drzwi. Po chwili usłyszał szum wody. Mimo, że czasami kłócił się z siostrą to była dla niego ważna. I chociaż to on był młodszym z rodzeństwa czuł wewnętrzną potrzebę opiekowania się Me, a w szczególności jeśli wiedział, co potrafiła zmajstrować.  
Leżał i czekał. Woda ucichła. Zobaczył cień przemykający się przez korytarz, po chwili trzask zamykanych drzwi. A na koniec znajome skrzypnięcie łóżka siostry.  
Wiedział, że musiał śnić jej się jakiś koszmar. Od kiedy zobaczył dziwne przerażenie w oczach Mojmiry oraz lekko trzęsące się dłonie.  

Markusław miał świadomość, że tej nocy Moja nie będzie mogła długo zasnąć. A on nie będzie mógł nic z tym zrobić.