Translate

piątek, 30 czerwca 2017

Łapacz Snów


Wielu pewnie słyszało albo widziało łapacz snów, czy to w telewizji czy u kogoś znajomego. Ale ilu z Was wie co dokładnie symbolizuje? 
Łapacz snów przedstawia marzenia, zaufanie do siebie, poznanie wewnętrznego ja, nadzieję, a także ochronę przed negatywną energią. 

To symbolizuje w całości, jednak jego poszczególne części też coś znaczą. Znajdująca się na nim sieć ukazuje więzy rodzinne. Ta struktura pokazuje też nasze marzenia oraz energię we wszechświecie. 

Oryginalne pierścienie pokryte są  różnobarwnymi nićmi, a do tego każdy z kolorów coś oznacza. 
Do łapaczy snów dodać można też pióra, koralik i wiele ciekawych rzeczy. 

Jeśli chcielibyście dowiedzieć się więcej o łapaczach snów zapraszam na tą stronę. 
   

środa, 28 czerwca 2017

Muzyka - Anna Blue & Damien Dawn

Inspiracją do moich opowiadań oraz wierszy jest muzyka. Zawsze jak piszę, słucham muzyki. 
W tym poście pokażę Wam kilka moich ulubionych piosenek. Może Wam też się spodobają i zainspirują do pisania? 



Anna Blue - "Night"


Anna Blue - "Silent Scream" 


Anna Blue & Damien Dawn - "Angel"


Damien Dawn - "Your Heart"


Anna Blue - "Every Time The Rain Comes Down"


Anna Blue - "Where Do I Go?"

poniedziałek, 26 czerwca 2017

Pozwól mi...

Co jest najbardziej denerwujące w ludziach? 

Trudno wybrać jedną rzecz.  
Każdy straci głowę z innej rzeczy.  
głupoty... 
Z ignorancji... 
A mnie irytuje fałszywość. 
Myślisz, że kogoś znasz.  
Masz go za szczerą i miłą osobę. 
A za twoimi plecami wbija ci nóź w plecy.  
Obgaduje Cię 
Krytykuje za to kim jesteś, 
Wytyka wszystkie wady 
Jakbyś tylko z nich był stworzony. 
A z tobą śmieje się, 
Przybiera maskę przyjaciela 
Poznaje sekrety i tylko czeka 
Ale nie tylko wśród przyjaciół tak jest.  
W szkole, w pracy... 
Ile razy kłamałeś nauczycielowi z uśmiechem, że lubisz jego przedmiot? 
A potem razem z kolegami zrzędziłeś, że owy nauczyciel dziwny jest? 
Ile razy kłamałeś znajomym o swoich zainteresowaniach?  
Ile sekretów Ci powierzyli, a ty je wygadałeś 
Ilu osobom przez Ciebie przykro się zrobiło? 
Jak wielu ludzi przez Ciebie łzę uroniło? 
Przyznaj szczerze choć raz 
O konsekwencjach przez chwilę nawet nie myślałeś.  
A jaki jest powód tego zachowania?  
Nie wiem. 
Mogę się tylko domyślać.  
Czy to wina środowiska? Presja otoczenia? Zwykły strach? Niewiedza? 
A może bawi Cię to?  
Mówię: 
Ściągnij wreszcie tą maskę!  
Próbuję zerwać Ci ten przebrzydły uśmieszek z twarzy.  
On denerwuje mnie. 
Ta maska, ta obłuda... 
TO cię kiedyś zgubi.  
Obudzisz się ze snu 
Zorientujesz się, że nikogo wokół Ciebie już nie będzie... 
Samotność twym jedynym towarzyszem będzie 
A poczucie winy podążać będzie za tobą jak cień.  
One nie opuszczą Cię. 
Ale jeszcze nie jest za późno.  
Proszę, ściągnij tą maskę 
 To jej wina. To przez nią gubisz się w ciemności.  
To przez nią otaczają Cię ludzie tobie podobni. 
Fałszywi, dwulicowi... 
Pomyśl choć przez tę jedną chwilę.  
A co jeśli oni robią to samo tobie?  
Odwrócą się od Ciebie i zostawią.  
Dlatego powtórzę: 
Zdejmij tą maskę... 
Pozwól mi być twym prawdziwym przyjacielem.

wtorek, 20 czerwca 2017

Mirosława Borowa





Pewnie niektórzy z was słyszeli o nienawistnych demonach słowiańskich. Potworach zamieszkujących lasy, puszcze, góry, doliny oraz jeziora, które prześladowały wędrowców, zsyłając ich na manowce albo torturując okrutnie.

 Ale to nie jest do końca prawda, bestie potrafiły być też pomocne i miłosierne. Opowiem wam pewną historię, która wydarzyła w czasach, kiedy legendy oraz zabobony miały największą moc.
Moja opowieść odgrywa się w pewnej puszczy nieopodal wysokich gór. Głęboko w lesie, gdzie nie dotarł żaden człowiek swój dom miały demony lasu. Podobnie jak ludzie żyły one w wiosce, ale w całkowitej harmonii z naturą.
W mateczniku mieszkały przeróżne bestie - od urodziwych brzeginek po stare biesy.
Solitario to wioska, gdzie domy zbudowany były z starych konarów, a dachy tworzyły korony drzew. Każda chatka wyściełana została starymi liśćmi. Domostwa tworzyły coś na kształt okręgu, pośrodku z pokaźnym placem, przeciętym rzeką.
Wszystkie bestie żyły tam w zgodzie, chociaż nie wszyscy za sobą przepadali i wybuchały przeróżne kłótnie. Demony wiedziały, że to jedyne bezpieczne miejsce. Solitario było ich ostatnią ostoją spokoju, ponieważ ludzie pałali nienawiścią do nich, obarczając je za swoje wszelkie niepowodzenia.
Jak w każdej wiosce, w Solitario mieszkała istota odpowiedzialna za bezpieczeństwo mieszkańców matecznika. A tym kimś był Leszy, zwany też przez ludzi Borowym.
Wysoki, stary mężczyzna o pobrużdżonej twarzy oraz głowie porośniętej liśćmi. Jako jeden z nielicznych potworów obdarzy był nieśmiertelnością. Prastary duch lasu chroniący jego lokatorów. Każdy znajdował się pod jego opieką bez wyjątku. Wypasał on zwierzęta w niedostępnych dla człowieka matecznikach, korzystając przy tym z pomocy wilków. Z lekkim przewrażliwieniem strzegł swoich tajemnic przed intruzami. Plątał drogę i rzucał kłody pod nogi niechcianym gościom bądź przybierał postać potężnego niedźwiedzia, strasząc przybyszów.
Ludzie mawiali, że swoim demonicznym wzrokiem potrafił sprowadzić na kogoś ślepotę, ale nie jestem pewna czy jest to prawda. Jeszcze nigdy nie widziałam, aby coś takiego zrobił.
Ale nie myślcie, że Leszy jest strasznym, bezwzględnym potworem. Pomagał on zagubionym wędrowcom odnaleźć ścieżkę do domu, oddawał też zagubione zwierzęta gospodarcze i najważniejsze chronił dzieci przed zbójcami oraz dziką zwierzyną.
Taki był znany zarówno demonom i ludziom, ale tylko pierwsi wiedzieli jak się naprawdę nazywa strażnik Solitario - Karaul. I to właśnie on odegrał znaczącą rolę w mojej opowieści.
A zaczęło się to w pewien letni poranek. Słońce leniwie wychodziło za horyzontu, zaczynając nowy dzień. Mieszkańcy Solitario powoli budzili się do życia, po za jednym który już dawno nie spał. A był nim Karaul.
Codziennie wstawał przed brzaskiem słońca na obchód lasu. Sprawdzał, czy jakieś zwierzę nie zaplątało się we wnyki myśliwych bądź jakieś dziecko nie zgubiło się.
Przechadzał się właśnie przez wioskę, kiedy witali go mieszkańcy. Idąc obok rzeki zatrzymały go bogunki. Rusałki wodne o nieprzeciętnej urodzie. Wyglądem przypominały ludzkie kobiety, ale z nogami zakończonymi płetwami oraz pokaźnym ogonem. Razem z nimi w rzece mieszkały też baby wodne - podstarzałe bogunki oraz podobne do nich brzeginki o ludzkich nogach i przyłożnicy - męskie demony o nieskazitelnej urodzie.
- Witaj, Karaul! Jak ci mija dzień? - zawołała Anaea, młoda brzeginka o długich blond włosach. Była ona niezwykle zabawną istotą, pełną pozytywnej energii. Leszy podszedł do rzeki, opierając się na swojej dębowej lasce.
- Dzień dobry, Anaeo - powiedział, kłaniając się lekko. Brzeginka uśmiechnęła się. - Na razie wszystko zapowiada się spokojnie.
Leszy przywitał się jeszcze z pozostałymi, ruszając ku wyjściu z matecznika. Po drodze pozdrowił też stare małżeństwo buców, które wracało z nocnej wyprawy. Demony te to karłowate istoty o mizernej budowie. Ale niech nie zmyli was ich wygląd, ponieważ to oni karzą niegrzeczne dzieci. Przychodzą w nocy do łobuzów i łagodnie rzecz ujmując spuszczają im lanie.
Muszę przyznać, że nieźle wymachują swoimi laskami, a siniaki schodzą kilka dni. Uwierzcie doświadczyłam tego na własnej skórze.
Ale wracajmy do mojej historii. Karaul znajdował się na jednej z rozległych łąk razem ze stadem łani oraz ich młodych. Tej wiosny na świat przyszło wiele zwierząt, więc Borowy był uradowany. Martwił się, że zwierzęta zestresowane przez ludzi nie wydadzą młodych, ale na szczęście było inaczej. Uśmiechnął się, ostatni raz zerkając na stado i ruszył dalej.
Kolejnym celem jego podróży była dolina u podnóża gór, gdzie mieszkały dziwożony - wysokie włochate bestie z obwisłymi piersiami. Obiecał im poprzednio, że dokładniej sprawdzi okolice ich jaskiń, ponieważ niedawno zauważyły kręcących się ludzi i obawiały się o swoje dzieci.
W drodze do doliny minął kilka biesów. Potwory te to olbrzymie istoty z pokaźnymi rogami. Były całe porośnięte krótką sierścią koloru brązowego. Potężne łapy zakończone pazurami zdolnymi rozszarpać człowieka w kilka chwil. Często atakowały wędrowców, którzy zapuścili się na ich tereny - świadomie bądź nie. Bywały niezwykle agresywne w stosunku do ludzi, ale do bestii były raczej przyjaźnie nastawione.
Kilka z nich ukłoniło się widząc Leszego, nawet tak groźne i nieobliczalne upiory szanowały go. Borowy przywitał się z nimi szybkim skinieniem głowy, nie zatrzymując się.
Znajdował się u wejścia doliny. Przystanął na chwilę, delektując się widokiem gór. Wyrazistych szczytów pokrytych białym puchem. Im niżej patrzył pojawiało się więcej zielonych plam. A dalej wiła się rozległa dolina, przez którą płynęła porywista rzeka.
Borowy ruszył ścieżką wiodącą do wioski dziwożon. Podróż choć długa, była niezwykle przyjemna. Ciepłe słońce ogrzewało leszego, powodując, że jego listeczki przybrały na kolorach. Delikatny szum liści. Roznoszący się wokoło zapach fioletowych dzwonków alpejskich, żółtej goryczy kropkowatej oraz delikatnej woni goździków wczesnych. Tworzyły one niesamowity aromat.
Karaul przechadzał się właśnie obok jaskiń dziwożon, kiedy kilka z nich postanowiło zażyć słonecznej kąpieli. Przywitał się z nimi, czekając na przywódczynię stada. Pojawiła się kilka chwil później. Ukazała się na jednej z licznych górskich ścieżek, w otoczeniu młodych dziwożon.
Przywódczyni była najstarsza w ich stadzie. W jej futrze widać było białe pasma. Opierała się na wysokiej lasce z drewna. Wyglądała na bardzo zmęczoną, ale jej oczy nadal tryskały energią i chęcią ochrony bliskich.
- Witaj, Kapradino - powiedział leszy do przywódczyni dziwożon. Ta gestem ręki, nakazała młodym odejść. Razem z Karaulem udała się nad skarpę, gdzie opowiedziała mu o ostatnich ludziach jakich tu widziała.
Kapradina była jego przyjaciółką, ale i nieodzowną pomocą. Gdyby nie ona, borowy musiałby patrolować również rozległy pas górski. Ale dzięki niej zajmowały się tym inne dziwożony bądź ona sama.
Ich rozmowę przerwało zamyślenie dziwożony. Karaul zamilkł, wpatrując się w nią, oczekując jakiekolwiek reakcji. Bestia podniosła rękę, wskazując laską jakiś punkt w oddali.
- Patrz - powiedziała. Leszy powiódł wzrokiem w skazanym kierunku. Ujrzał coś co go przeraziło.
W jednej chwili jego ciało przeszył dreszcz, a w drugiej zeskakiwał po skałach w niedźwiedziej postaci. Nie mógł zignorować takiego pożaru. Dym unosił się wysoko ponad drzewa, a powietrze było suche. Obawiał się, że ogień dotrze do Solitario.
W tym samym czasie, Kapradina podniosła z ziemi laskę Borowego. Skierowała się w stronę reszty stada.
Nie myślcie tylko, że Kapradina zignorowała zagrożenie! Była ona niezwykle współczującą kobietą, ale co mogła zrobić? Jakby posłała dziwożony jako odsiecz nie wiele pomogłyby. Ich długa sierść łatwo mogłaby się zapalić. Przywódczyni pragnęła pomóc, ale jedyne co mogła zrobić to dać schronienie uciekinierom.
Tymczasem Karaul wbiegł do lasu. Przeskakiwał zwinnie wystające korzenie drzew. Minął kilka uciekających zwierząt i bestii. Wszystkie pędziły owładnięte przerażeniem. Borowy musiał się śpieszyć. Czuł jak czas przecieka mu przez palce. Leszy jak najszybciej pragnął odnaleźć Bezega.
Jak na zawołanie z pobliskich krzaków wyleciała kaczka. Wylądowała tuż obok wielkiego niedźwiedzia.
Z grzbietu ptaka zszedł mały człekokształtny potworek. Swoim wyglądem przypominał chomika, odzianego w lnianą koszulę oraz spodnie. Miał też na sobie czerwony płaszcz i szpiczastą czapkę.
Tą chomiko-podobną istotą był bzionek. Duch opiekuńczy, który bronił obejścia przed złymi czarami. Bzionki swoje domy ulokowane miały pod krzewami czarnego bzu. Ludzie traktowali tą roślinę z nabożną czcią. Właśnie dlatego nie wolno było bzu ścinać, wykopywać, a tym bardziej nim palić. Istniały różne przesądy na temat czarnego bzu, ale najciekawszym moim zdaniem jest to, że niekiedy, w desperacji, pod krzak bzu zanoszone mocno gorączkujące dziecko z nadzieją, że bzionek zabierze z niego chorobę.
Ironiczne, prawda? Ludzie z jednej strony pałają nienawiścią do potworów, a z drugiej łaszą się do nich dla własnych korzyści. A one jak to bestie są miłosierne i dają ludzkości kolejne szanse, a oni marnują każdą z nich. Jednak ich cierpliwość też ma granice.
Ale za bardzo odpłynęłam od mojej historii...
Bezeg poklepał lekko kaczkę po dziobie, ponieważ zaczęła się denerwować.
- Spokojnie, maleńka - powiedział bzionek. Skierował swój wzrok na wielkiego niedźwiedzia, czekając na rozkazy. - Jestem do twoich usług, Karaul. - Skłonił się nisko Bezeg.
- Zbierz jak najszybciej resztę posłańców. Część z nich uda się do najbliższych płanetników z prośbą o deszcz. Kolejna grupa wskaże uciekinierom drogę do wioski Karpadiny, a ci co zostaną będą razem ze mną patrolować okolicę - zakomenderował Karaul. 
                                                  ...
O dziwo akcja ratunkowa przebiegła sprawnie i szybko. Ostatnie płomienie powoli gasły. Ogień nie dotarł do Solitario, więc mieszkańcy mogli wrócić do domów.
Karaul stał w otoczeniu spalonych drzew, rozglądając się. Krople deszczu spływały po jego gałęziach. Burza jaką rozpętali płanetnicy nadal trwała i nic nie wróżyło, aby miała się szybko skończyć. Borowy wiedział, że pożar był dziełem ludzi. Ale po co mieliby niszczyć las? To pytanie rozbrzmiewało echem w głowie leszego.
Borowy chciał sprawdzić jak miewają się bestie, czy nikt nie ucierpiał. Ostatni raz spojrzał na zniszczony las. Długie lata potrwa zanim ta część puszczy się odrodzi.
Nagle po polanie rozległ się szloch. Karaul zatrzymał się, szukając źródła dźwięku. Ktoś mógł być ranny i potrzebować jego pomocy. Nie mógł tego zbagatelizować. Kątem oka zauważył skrawek zielonego materiału wystającego spod obalonych drzew. Szybkim krokiem ruszył w jego kierunku.
Pod obalonymi drzewami leżała kilkuletnia dziewczynka. Kilka zlepionych od błota i wody kosmyków opadało jej na poranioną twarzyczkę. Z jej niespotykanych oczu koloru zielonego z brązowymi plamkami sączyły się łzy. Zielona sukienka, w niektórych miejscach była nadpalona, a w innych ubrudzona ziemią zmieszaną z krwią. Stopy miała bose.
W trakcie ucieczki przed zabójczymi płomieniami zgubiła buty. Dziewczynka przestała płakać, kiedy zobaczyła przed sobą dziwną istotę, która przypominała jej chodzące drzewo. Nie wiedziała co ma w tej chwili robić. Kilka minut wcześniej ogarniała ją panika oraz przerażenie przed szaleńczym tańcem płomieni, a potem znikąd zaczął padać deszcz.
Niestety ogień naruszył pień jedno z drzew, które spadało na dziecko, przygniatając mu nogę. Czuła olbrzymi ból rozchodzący się od stopy, aż po kolano. Nie pozwalał jej się zbytnio skupiać, ale kiedy zobaczyła przed sobą leszego z jej umysłu zniknęła ciemna mgła. Słyszała od swojej matki o demonach lasu. Codziennie jej rodzicielka opowiadała dziewczynce o upiorach. Wiedziała, że borowy nie powinien jej zrobić krzywdy, ale... nadal miała w sobie pewne obawy.
Karaul delikatnie dotknął policzka bezbronnej istotki, ocierając łzy. Przy nim jej cały strach odszedł w zapomnienie. Coś podpowiadało dziecku, że może mu zaufać. Poczuła ciepło płynące z jego dobrotliwego serca.
Leszy bez trudu podniósł drzewo. Chociaż zbliżały się jego trzysta-pięćdziesiąte-piąte urodziny nie odczuwał swojego wieku. W końcu był nieśmiertelny. Dla niego wiek to tylko liczby... Nic więcej.
Kiedy ciężki konar zniknął z nóżki dziewczynki, poczuła przeszywający ją ból. Z tego powodu po jej policzkach znowu poleciały zły. Karaul nie mógł patrzeć na cierpienie dziecka. Ukląkł przy niej, przyglądając się nodze.
W materiał jej sukienki, wsiąknęła już duża ilość krwi. Obawiał się, że kość mogła przeciąć skórę oraz mięśnie. Niestety miał rację. Odgarnął materiał sukienki i zobaczył nogę ułożoną w nietypowej pozycji oraz wystającą z niej kość. Wokół rany sączyła się nadal krew. W wielu miejscach zmieszana była z błotem oraz kroplami deszczu.
Jeśli ludzie mieliby się nią zaopiekować na pewno by umarła, ale ona miała obok siebie Karaula - strażnika Solitario oraz puszczy. Przy nim nic jej nie groziło. W końcu władał magią. Kazał dziewczynce położyć się na ziemi. Nie chciał, aby zauważyła w jak ciężkim stanie jest, ponieważ zaczęłaby niepotrzebnie panikować. Dziecko posłuchało rady leszego. Nie zważając na brudną ziemię oraz rosnący ból w nodze, położyła się.
Borowy przyłożył swoją rękę do rany. Nagle z jego liści zaczęły sypać się małe iskierki. Powędrowały one wzdłuż przedramienia, aż do dłoni, gdzie skumulowały się wokół rany dziecka. Kość powoli wracała na swoje miejsce. Mięśnie zaczęły się zrastać, a naczynia krwionośne zamykać.
Powodowało to niesamowity ból u dziecka, przez co straciło przytomność. Ale tak nawet było lepiej. Karaul nie musiał się obawiać, że dziewczynka zacznie się wyrywać. Był spokojny, wiedział, że pomaga jej. Kiedy rana całkowicie się zasklepiła, zajął się jej oparzeniami oraz drobnymi otarciami.
Po kilku długich minutach, Karaul usiadł wyczerpany na ziemię. Używanie magii leczniczej zawsze było wyczerpujące, a w szczególności kiedy urazy były tak rozległe. Spojrzał na nieprzytomną dziewczynkę. Jej wyraz twarzy był pełen spokoju. Ktoś inny uznałby, że po prostu zasnęła. Ale ona tylko zemdlała z bólu.
Magia lecząca, chociaż uzdrawiała rany, brała energię od obydwu osób - uzdrowiciela i uzdrawianego. Leszy odczuwał tylko zmęczenie, które za jakiś czas przejdzie. A dziecko odczuwało zrastające się kości w zawrotnym tempie. Nic dziwnego, że straciła przytomność. Na jej miejscu wielu dorosłych, spotkałoby to samo...
Jeśli nie zostaliby zabici przez leszego... Bo przecież mógł ich uznać za potencjalnych podpalaczy.
Niedaleko borowego zaczął pojawiać się kopiec, a z niego wyłoniła się niskiej postury istotka odziana w czerwony kubrak oraz czapkę tego samego koloru. Krasnolud wylazł z usypiska i otrzepał swoje ubrania.
Podszedł do Karaula, a ten zwrócił się w jego stronę. Skrzat chciał coś powiedzieć, ale zamilkł kiedy zobaczył nieprzytomne ludzkie dziecię.
- Wszystko z nią w porządku? - zapytał zatroskany skrzat.
Jako jeden z demonów opiekuńczych w jego naturze leżało pomaganie ludziom. Krasnoludy swe miasta budowały pod ziemią, a kiedy nadchodziła noc wychodziły z ukrycia. Przez szpary w drewnianych podłogach dostawały się do ludzkich siedzib i wykonywały różne obowiązki domowe dla dobrych ludzi.
- Teraz tak - powiedział spokojnie leszy, spoglądając na dziewczynkę, która powoli odzyskiwała przytomność. - Jednak trzeba będzie ją odprowadzić do wioski, czy mógłbyś to uczynić?
- Z wielka przyjemnością i w dodatku wiem do jakiego domu ją odstawić. - rzekł radośnie krasnolud. - Ostatniej nocy pomogłem jej matce, bardzo przemiła i przychylna demonom kobieta. I...
- Dobrze, w takim razie ustalone. - przerwał mu leszy, ponieważ wiedział, że skrzaty miały wielką tendencję do gadulstwa. A akurat borowemu się śpieszyło, w końcu nie bez powodu przysłano tutaj krasnoluda. - Co chciałeś mi powiedzieć?
- Ah... Racja... Miałem ci przekazać, że nikt nie zginął, a ranni mają tylko niewielkie oparzenia. Została zniszczona tylko niewielka część zachodniego lasu. - odrzekł skrzat.
Po złożeniu raportu niewielka istotka wzięła dziewczynkę za rączkę i razem ruszyli w stronę miasteczka. Karaul stał w milczeniu, obserwując jak odchodzą.
Nagle dziewczynka odwróciła się gwałtownie, podbiegając do leszego. Widać chciała mu coś powiedzieć, więc prastary duch ukląkł na jedno kolano.
Niespodziewanie dziecko objęło borowego swoimi drobnymi rączkami. Zaskoczony poczynaniami urokliwej istotki na początku nie śmiał się ruszyć, jednak szybko się otrząsnął i odwzajemnił uścisk.
- Dziękuję, panie Borowy - powiedziała cicho dziewczynka, puszczając strażnika lasu. Leszy uśmiechnął się lekko, kłaniając. Dziecko zaśmiało się na ten gest. - Do widzenia! - dodała radośnie na koniec i pobiegła do czekającego na nią nieopodal skrzata.
Prawda jest taka, że na tym mogłaby się skończyć moja opowieść. Dziewczynka wróciłaby bezpiecznie do rodzinnego domu, a życie Karaula toczyłoby się tak jak wcześniej.
Jednak ludzie bywają okrutni i nietolerancyjni. Kiedy czymś się od nich różnisz śmieją się z ciebie, zmieniając twoje odmienne poglądy w dziwactwa, które trzeba ukryć przed światem. Część zwykłych śmiertelników nie akceptuje różnorodności. Dla nich inność jest zła i trzeba się jej pozbyć.
I tym razem byli tacy sami. To co ujrzała mała dziewczynka w wiosce odmieniło jej życie na zawsze. Chociaż miała zaledwie kilka wiosen jej życie legło w gruzach.
Ale może spróbuję opisać wam co wtedy zobaczyli dziewczynka i skrzat. Nie wiem czy mi się to uda... Do dzisiaj nie mogę zrozumieć ich okrucieństwa i powodu, dlaczego to zrobili...
Skrzat zaprowadził dziewczynkę do wioski. Na granicy miasteczka i lasu spostrzegli duże zbiegowisko. Krasnolud w nadziei, że znajdzie tam matkę dziecka poszedł z nią w tamtą stronę. Jednak to co zobaczyli było przerażające...
Tłum ludzi zebrał się wokół dziedzińca. Dziewczynka zaciekawiona ową sytuacją, postanowiła sprawdzić co się dzieje. Jako, że skrzat jak i dziecko nie byli wysocy, z łatwością przecisnęli się przez gapiów. Udało im się przedostać, aż pod samo podium.
Na podwyższeniu znajdował się wysoki słup, a do niego przywiązana kobieta. Jej ubrania były poszarpane, a włosy w nieładzie. Próbowała się szarpać, ale nic to nie dawało.
- Mamo? - szepnęła zdezorientowana dziewczynka.
Skrzat usłyszał to, chciał ją stąd jak najszybciej zabrać. Demon już wiedział co tu się święci. Usiłował przedrzeć się do dziecka, ale nie mógł przecisnąć się przez ludzi, którzy nagle się ożywili.
Jakiś mężczyzna wszedł na podium z pochodnią w ręku.
- Czarownica! - krzyknął jakiś mężczyzna.
- Służąca szatana! - rozległ się kolejny krzyk, ale z innej strony. Nawoływania narastały, ale ucichły, kiedy mężczyzna na podium nakazał im ciszę.
- Ta tutaj kobieta została posądzona o uprawianie czarnej magii! - krzyknął, a potem zbliżył się do kobiety. - Przyznajesz się do swojej zbrodni, Dobromiło?
- Nie! To parszywe oszczerstwa! Oskarżacie mnie bycie czarownicą! A ja tylko znam się na zielarstwie! - odrzekła gniewnie kobieta, patrząc na tłum. - Tylko dlatego, że jestem lepiej wykształcona niż wy, chcecie mnie spalić!
- Dość! - krzyknął mężczyzna. - Jest wiele dowodów świadczących przeciw tobie! Zostaniesz ukarana, a potem twoja córka!
Kobieta na ostatnie wypowiedziane słowo zbladła. Ale natychmiast zawładnął nią gniew. Żadna matka nie pozwoli skrzywdzić swojego dziecka, a Dobromiła nie była wyjątkiem.
- A ni mi się waż krzywdzić mojej córki! - krzyknęła, szarpiąc się zawzięcie.
Mężczyzna podszedł do niej tak, że ich twarze dzieliły tylko centymetry. Uśmiechnął się złowrogo, patrząc prosto w oczy kobiecie.
- A myślałaś, że po co wznieciłem pożar? - szepnął do ucha niewiasty. Kobieta przestała wierzgać. Jedyne co teraz siedziało w jej głowie o słodki głosik jej ukochanej córeczki. Widziała ją ostatni raz.
Mężczyzna prychnął, odsuwając się od kobiety. Zwrócił się do tłumu przemawiając donośnym głosem.
- Skoro nie masz nic na swoją obronę... - zaczął zbliżając pochodnię do usypanego chrustu. - Czas wykonać wyrok!
Ogień zapłonął. Suknia kobiety zajęła się ogniem. Czuła przeraźliwy ból. Krzyczała. Ubrania przywierały do jej ciała pogłębiając pieczenie. Skrzat z marnym skutkiem, próbował przedrzeć się do dziecka, które wpatrywało się jak jej matkę pochłaniają płomienie.
- Mamo! -krzyknęła rozpaczliwie dziewczynka. Zwróciła tym uwagę tłumu, który odsunął się od dziecka. Ale nie tylko oni usłyszeli dziecko.
Dobromiła spostrzegła swoją ukochaną pociechę całą i zdrową. Mimo ogromnego bólu jaki ją trawił, uśmiechnęła się prawie niewidocznie, a po jej policzku poleciała samotna łza. Żyła... Jej córka Mirosława żyła... Obserwowała jak znajomy jej skrzat bierze za rączkę jej córkę i znika za pomocą swojej czapki.
Dobromiła mimo zbliżającej się śmierci była spokojna. Zamknęła oczy.
- Kocham cie, mój mała - powiedziała prawie bezgłośnie i... umarła.
Jej słowa niesione przez wiatr dotarły do uszu zrozpaczonego dziecka, które płakało na placu w Solitario. Skrzat zabrał ją tam, ponieważ tutaj była najbezpieczniejsza.
Demony widząc pokrzywdzoną dziewczynkę natychmiast do niej podeszły. A Karaul uląkł przy Mirosławie, przytulając ją. Dziecko wtuliło się w liściastą szatę borowego, nie przestając szlochać.
Leszy spojrzał po twarz towarzyszących im demonów. Na twarzy każdego z nich malowało się współczucie. To co zrobili ludzie, temu dziecku było makabryczne.
Bestie postanowiły zając się osieroconym dzieckiem. Żadnemu z nich nie przeszkadzała mała dziewczynka, która widziała jak jej matka umiera.
Kiedy Mirosława zasnęła wtulona w leszego, zaniósł ją on do swojej siedziby, kładąc ją na łóżku. Uznał, że dziecku należy się odpoczynek. Poprosił jeszcze Anaeę o przypilnowanie dziewczynki. Demonica spełniła prośbę przyjaciela. Usiadła przy posłaniu, delikatnie głaszcząc włosy Miry.
W tym samym czasie wszystkie demony zabrały się na dziedzińcu wokół strażnika. Karaul roztaczał aurę wściekłości, która udzieliła się reszcie bestii.
Musicie bowiem wiedzieć, że większość rozumnych demonów miała za zadanie opiekowanie się dobrymi ludźmi oraz karaniem złych. A to co zrobili ludzie z wioski zasługiwało na konsekwencje, jakie zgotowały im demony. Rozpętały istne piekło. Przedtem jednak krasnoludy wyprowadziły niewinnych ludzi z wioski, dając wolną rękę innym.
Zaczęło się to od razu jak zapadł zmrok. Księżyc świecił jasno, rozświetlając nocne niebo, kiedy do miasta wdarły się biesy, rozszarpując pierwszych ludzi. Za nimi do miasta wślizgnęło się kilka bezkostów - wampirów, które postanowiły skorzystać z napadu.
Wdarły się do zabarykadowanych domów, wypijając z domowników całą krew. Pojawiła się też cmentarna baba, która za życia ludzkiego również została potraktowana jako czarownica. Teraz mogła się zemścić. Bez żadnych skrupułów przebiła ostrymi pazurami czaszkę, uciekającej kobiety. Gdzieś rozlegały się krzyki ludzi na widok stada dziwożon. Nawet one nie omieszkały ukarać ludzi za okrucieństwa. Z łatwością pozbawiły życia kilkoro ludzi.
A temu wszystkiemu przyglądał się leszy, stojąc na podium. Nadal w powietrzu czuć było palone mięso, ale teraz zaczęło się mieszać z zapachem krwi. Czuł jak spełnia swój obowiązek, wysyłając złych ludzi do Nawii, gdzie z pewnością czekały na nich najróżniejsze kary zaplanowane przez boga podziemi oraz świata zmarłych - Wesela.
Po koszmarze jaki uszykowały bestie ludziom wróciły do Solitario, a ich życie wróciło na dawne tory z jedną niewielką zmianą, którą była drobna Mirosława.
Dziewczynce trochę zajęło pozbieranie się po utracie matki, ale żaden demon jej nie pośpieszał. Każdy z nich rozumiał uczucia jakie targały dzieckiem.
Po żałobie Mirosława zaczęła przyzwyczajać się do życia z demonami. Wszyscy traktowali ją jak skarb jakim była. Miła, pomocna, waleczna dziewczynka potrafiła nawet poruszyć skamieniałe serca biesów, które brały ją co jakiś czas na wycieczki.
Każdy z demonów pokochał dziewczynkę, która swoim uśmiechem rozświetlała ich dni, a najbardziej pokochał ją Karaul. Leszy traktował Mirosławę jak własną córkę, a ona jego jak ojca. Najwięcej czasu spędzała właśnie z nim. Pomagała mu w obowiązkach. A kiedy podrosła i dowiedziała się o Krwawej Nocy - tej kiedy demony zabiły bezlitośnie oprawców matki dziewczynki, nie była zła. Rozumiała ich w pełni. Wiedziała, że tamci ludzie zasłużyli na to.
Mira żyła z dnia na dzień, a borowy widząc ją dorastającą, uświadomił sobie, że ona umrze prędzej, czy później. Nie mógł pogodzić się z tą ponurą myślą. Wszyscy go opuszczali, a on jako jeden z nielicznych wiecznych demonów zawsze był w Solitario.
Pewnej nocy, a dokładniej w Noc Kupały Karaul podarował Mirze kwiat paproci, z którego wywar darował nieśmiertelność. Dziewczyna na początku zdziwiona, przyjęła ten podarek z wielka radością. Myśl, że spędzi z swoim przyjacielem wieczność wprawiała ją w euforie.
Mirosława tej samej nocy zażyła napar i stała się drugim strażnikiem Solitario. Od tamtej chwili miedzy demonami znana była jako Mirosława Borowa. Kobieta służyła pomocą bestiom i ludziom. Wspierała ludzi dobrych, a złych karała razem z Karaulem. Oboje nadal żyją i wywiązując się ze swoich obowiązków.
A skąd to wiem?
A myśleliście, że kto niby opowiada wam ze szczegółami tą historię?
Eh... Słyszę Karaula, woła mnie... No trochę sie z wami zasiedziałam, lepiej wrócę do swoich obowiązków.
Ale może się jeszcze kiedyś zobaczymy?
Może jak zgubicie się w lesie to właśnie my odprowadzimy was do domów?

piątek, 16 czerwca 2017

A za oknem zobaczyłam...



Za oknem leje jak z cebra. Nagłe urwanie chmury, a psu zachciało się wyjść na spacer, więc moja  mama wyszła z nią na ogród, a tam zobaczyła to.
Po chwili zawołała mnie. Piękny widok i dobry humor na zakończenie dnia!

Osoba z ławki obok

Kim jest przyjaciel?  

Czy to osoba, z którą witam się na co dzień?  
Z którą w ławce na lekcjach siedzę?  
Czy to osoba, z którą lekcje odrabiam?  
Od której zadania pożyczam?  
Nie wiem.  
Jaka jest definicja przyjaźni?  
Czy mamy na nią to samo spojrzenie, a może ja coś źle zrozumiałam i jesteś tylko kolegą z ławki?  
Może to tylko moja wyobraźnia...  
Albo nie dająca spokoju samotność?  
Nie wiem.  
Czy w ogóle zaznałam kiedyś prawdziwej przyjaźni?  
Czy dawne wspólne popołudnia, dzisiaj coś znaczą dla nas?  
Dla mnie to miłe wspomnienia, ale czy to była szczera przyjaźń?  
Nie wiem. 
Prawdziwi przyjaciele zostają z tobą do końca. Nie opuszczają cię. Nie okłamują.  
Są powiernikami sekretów i tajemnic.  
Przed nimi ściągamy maskę. Nie boimy się odrzucenia.  
Jesteśmy akceptowani.  
Ale kiedy zaczyna się przyjaźń?  
Wtedy gdy codziennie rozmawiamy? Pomagamy sobie?  
Spędzamy ze sobą czas?  
Ale co jak nie pokazujemy przed sobą kim naprawdę jesteśmy?  
Może tylko coś źle zrozumiałam.  
Może byłeś tylko życzliwy dla samotnej osoby?  
Może to tylko moja licha nadzieja, chciała abyśmy nimi zostali?  
Tylko ja nie potrafiłam się odezwać.  
Nie potrafiłam zrobić nic, aby się do ciebie zbliżyć. Chociaż lubimy te same rzeczy.  
Może znaleźlibyśmy wspólny język?  
Jednak ja się bałam.  
Bałam się, że mnie odrzucisz.  
Zostawisz samą w ciemności.  
Ale może jakbym chociaż spróbowała...  
Lecz teraz jest za późno.  
Straciłam swoją szansę.  
Masz już innych przyjaciół. Swój świat.  
Dzieli nas niewidzialna ściana, którą sama stworzyłam. 
Bo  jestem tylko osobą z ławki obok.  

sobota, 10 czerwca 2017

Mojmira - Rozdział I


Rozdział I (obecnie czytany) 
Rozdział II
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V




Zanim poznacie dalszy ciąg historii jak wcześniej mówiłam musimy cofnąć się w czasie.  
Wyobraźcie sobie zegar. Wskazówki powoli przesuwają się do przodu zwiastując koniec. A obok nich znajduje się data.  
17 maja 2015 roku. NIedziela. Piętnaście minut po drugiej popołudniu.  
Nazwijmy tą chwilę godziną Zero.   
A teraz wskazówki zaczynają się cofać. Co raz szybciej i szybciej. Tik. Tak. Tik. Tak. 
 Najpierw o godzinę, potem o dwie...  
14 maja 2015 roku. Czwartek. Godzina czternasta piętnaście. 

Ten moment będzie idealny do rozpoczęcia historii.  

Jednak zanim to nastąpi trzeba wam przedstawić kim dokładnie jest Mojmira.  
Wielu z was zastanawia się zapewne skąd to dziwne imię? Co ono oznacza? Kim ona właściwie jest? 
Spokojnie wszystko z biegiem czasu się wyjaśni.  
Zaczniemy od czegoś prostego.  
Mojmira to na pozór zwykła osiemnastoletnia dziewczyna, a tak właściwie już kobieta. Obecnie uczęszcza do drugiej klasy liceum. Dobrze ucząca się uczennica z jedną bliską przyjaciółką Mary. Ale o niej dowiecie się trochę później.  
Nasza bohaterka od dwóch lat mieszka w południowej Anglii, w niewielkim miasteczku nieopodal rozległego lasu.  
 A co nasza bohaterka robi w Anglii? 
Jej ojciec, który wychował się w Polsce posiada brytyjskie korzenie. Z czasem dostał tam dobrze płatną pracę, jednak nie jest to jakoś szczególnie ważne.  
Wracając... 
Mojmira to prasłowiańskie imię znaczące "mój skarb" albo "mój pokój". Nazwała ją tak matka, rodowita Słowianka, która żyła w otoczeniu prawie zapomnianego narodowego folkloru.  
Mitologia słowiańska.  
Dzisiaj niemal popadła w zapomnienie, lecz nadal żyją rodziny, które przekazują dalej stare legendy i mity. 
Baśń o boskiej krainie Wyraju, gdzie siedzibę mają bogowie - Świętowit, ojciec bogów, pana Słońca. Jego trzech synów - Peruna, który razem z swoim bratem Weselem stworzyli życie na Ziemi i najmłodszego z nich Chorsa - strażnika nocnego nieba.  
Można byłoby ich tak wymieniać, podobnie jak demony słowiańskie - strzygi, żmije, bogunki... 
Każde z nich czym się różni, ale nie martwcie się. W tej opowieści poznacie chociaż kilka z nich.  
A teraz matka Mojmiry, Myślibora. Imię to znaczyło "tę, która myśli o walce". Nie było ono trafne do charakteru, mamy dziewczynki. Kobieta była niezwykle spokojną osobą. Wolała rozwiązywać sprawy pokojowo przez rozmowę. Ale nie wyobrażajcie sobie, że była naiwna! Skądże! Jednym z jej atutów jest inteligencja, którą odziedziczyła jej ukochana córka.  
Ojciec Mojmiry nosił bardziej powszechne imię, przynajmniej w Anglii, Noah. Wesoły, przyjazny mężczyzna o wielkim talencie kulinarnym. To właśnie on sprawił, że Noah otworzył niedużą restaurację, a raczej bar.  
A żona pracowała jako weterynarz. Dość ciekawe połączenie.  
Ostatnim członkiem rodziny był jedenastoletni Markusław. Żywiołowy, energiczny chłopczyk.  
Normalna rodzina. Każdy miał swoje hobby, własne zdanie. Nie jeden raz się kłócili i godzili jak każdy.  
Ale mieli jedną rzecz, która ich łączyła - zamiłowanie do kultury prasłowian, chociaż w różnym stopniu.  

Czas ruszyć historię do przodu.  
Powróćmy do klasy, w której Mojmira patrzyła przez okno. Zostało ostatnie dziesięć minut do końca lekcji. Z niecierpliwieniem czekała na dzwonek. To nie tak, że nie lubiła szkoły. Było to miejsce, gdzie mogła spotykać się z swoją przyjaciółką Mary. Znały się  od dzieciństwa, ponieważ Mira przyjeżdżała do tego miasta na każde wakacje.  
Zaprzyjaźniły się w wieku dziesięciu lat, gdy Mira była dręczona przez inne dzieci na placu zabaw. Dzieci jak to dzieci, znalazły naprawdę banalny powód do żartów. Jej imię.  Wołały na nią Modżo. Kiedy Mojmira była bliska płaczu pojawiła się Mary. Przez to, że wychowała się w towarzystwie trzech braci przejawiała podobne do nich cechy. Jak łatwe wpadanie w kłopoty.  
Od tego incydentu stały się przyjaciółkami.  

Ale wracając do lekcji angielskiego. 
Hej, nie stresuj się tak - szepnęła Mary pokrzepiająco. - To tylko prezentacja.  
Mojmira oderwana od rzeczywistości, gwałtownie do niej wróciła. Lekko zdezorientowana popatrzyła na przyjaciółkę, analizując co powiedziała.  
Nie, naprawdę nic mi nie jest - odrzekła ledwo słyszalnie, z powrotem skupiając się sylwetkach na ulicy.  
- Mnie nie okłamiesz - rzekła Mary, zbliżając się do przyjaciółki. - Od początku lekcji patrzysz się w okno, a od kilku minut uderzasz ołówkiem o kant ławki. Tak. Serio jesteś rozluźniona - dodała ironicznie, oddalając się.  
Mojmira musiała przyznać przyjaciółce rację. Okropnie denerwowała się dzisiejszą prezentacją.  
Nauczycielka kilka tygodni temu zapowiedziała uczniom, że mają  przygotować krótkie zobrazowanie wybranej mitologii. A dlatego, że pani Sohpia znała się trochę na etymologii imion, więc szybko domyśliła się z jakiej kultury wywodzi się imię Miry.  
I tak właśnie za zaledwie kilka minut, kiedy Jeremy skończy swój wykład o bogach skandynawskich przyjdzie jej kolej.  
Mojmira to osoba, która nie przepadała za wystąpieniami publicznymi. Jednak były one częścią życia. Może nie na każdym kroku się jej spotyka, ale są. 
Zwykła prezentacja przed klasą, szkolne przestawienie, nawet obrona pracy magisterskiej. Każde z nich wymaga odwagi oraz minimalnych umiejętności oratorskich. 
W skrócie można powiedzieć, że w kontaktach międzyludzkich Mira była nieśmiała.  

Dziewczyna próbowała się jakoś odprężyć, obserwując ludzi za oknem. Z tej klasy miała doskonały widok na główną ulicę. Znajdowało się tutaj kilka sklepów, głównie odzieżowych, ale i też jeden minimarket, gdzie zapominalscy uczniowie zaopatrywali się w śniadania.  
Nic niezwykłego. Kilkoro nastolatków próbowało wymknąć się ze szkoły. Dorośli wracali do domów, albo szli do pracy. Wszyscy wydawali się gdzieś śpieszyć. Jakby goniło ich stado wygłodniałych psów, zmuszając do biegu. 
Nikt nie zatrzymał się, aby spojrzeć w bezchmurne błękitne niebo. Po prostu przystanąć i choć na chwilę zatrzymać się w tym wyścigu szczurów.  
Mojmira westchnęła ciężko. W ten chwili, któremuś z tych ludzi brakło czasu, a ona czuła, że ma go za dużo.  
Rozejrzała się jeszcze raz, gdy nagle jej wzrok przykuł chłopak w pomarańczowej bluzie z kapturem. Byłby to normalny widok, o ile nie byłoby ponad dwadzieścia stopni. 
Kto normalny chodziłby teraz w bluzie? Pomyślała, przyglądając mu się.  
To było dziwne, ale po chwili nastąpiło coś jeszcze bardziej osobliwego.  
Chłopak nagle zatrzymał się, rozglądając się dookoła. Zachowywał się jakby doskonale wiedział, że ktoś go obserwuje. Nikt oprócz Mojmiry nie zwrócił na niego uwagi. Jakby go tam nie było. Albo nie wszyscy ludzie byli typem obserwatorów jak Mira.  
Ale wracajmy do dziwnego chłopaka. Rozejrzał się wokół i nagle odwrócił się w stronę naszej bohaterki. 
Zdawał się doskonale wiedzieć, gdzie ona jest. To nie były żadne zwidy. On patrzył wprost na nią.  
Mira zaskoczona, aż odsunęła się trochę od okna. Tak jakby chciała się ukryć przed jego natarczywym wzrokiem. Ale jak miała się ukryć się przed jego wzrokiem, skoro nie widziała jego twarzy. Skrywał ją cień kaptura oraz coś w rodzaju czarnej maski.  
Mira – z transu wyrwał ją głos przyjaciółki oraz ręka na ramieniu. Dziewczyna zdezorientowana rozejrzała się po klasie. - Twoja kolej.  
Mojmira bezgłośnie przytaknęła, biorąc do ręki plik kartek. Jeszcze zanim wstała, spojrzała przez okno w miejsce, gdzie stał ten dziwny chłopak. Lecz jego już nie było.  
Chyba mi się to tylko zdawało, pomyślała.  
Musiała wrócić do rzeczywistości. Westchnęła, zbierając w sobie wszystkie pokłady odwagi jakie w sobie miała i ruszyła na środek sali.   
Stąpała powoli. Mojmira zachowywała się jakby zmierzała na ścięcie. Dla niektórych mogłoby się to wydawać komiczne, jednak dla niej takie nie było. 
Jak wcześniej wspomniałam Mira była osobą nieśmiałą. A to ćwiczenie miało jej pomóc się przemóc, tak przynajmniej zakładał plan nauczycielki.  
Lecz czy doszedł do skutku za chwilę się przekonacie. 
Mira stanęła przed klasą. Wszystkie mięśnie jej sztywniały, nogi zrobiły się miękkie jak z waty, a głos stanął w gardle. Dziewczyna czuła na sobie wzrok całej klasy. Świdrujące, wyczekujące spojrzenia. Słychać było jedynie tykanie zegara.  
Mojmira zerknęła na  swoją przyjaciółkę. Jej oczy zdawały się mówić "Dasz radę." Mira spojrzała jeszcze  na anglistkę. Kobieta w kwiecie wieku, czekała. W jej zachowaniu nie było nic ponaglającego.  
Napełniło to uczennicę spokojem. Wzięła głęboki wdech. 
Dalej Me, przygotowywałaś się do tego, pomyślała pokrzepiająco. 
Teraz was zapewne ciekawi, dlaczego Mojmira określa siebie mianem Me. Zgadałam? 
To przezwisko ma swoją historię, krótką, ale ma.  
Zaczęło się to od tego, że rodzice Myślibory często wołali na Mojmirę przemiennie. Albo Mira. Albo Moja. Moja wzięło się z pierwszego członu imienia bohaterki. A ojciec przez dzieciństwo spędzone w Brytanii, skojarzył polskie słowo "moja" z jego angielskim odpowiednikiem "me". 
Od tego czasu przezwisko Me, przylgnęło do dziewczyny. Nikt nie miał nic przeciwko niemu. Wszystkim się spodobało. I do tego wyspiarzom łatwiej było mówić Me niż Moja, bardziej naturalnie.  
Chociaż, gdy kto pytał o jego pochodzenie, Mojmira musiała najpierw wytłumaczyć znaczenie jej imienia, a potem polskie "moja" i angielskie "me".  
 Wdech. Wydech. Me już z o wiele mniejszym stresem spojrzała na klasę. Ukradkiem jeszcze spojrzała na swoje kartki. Miały one służyć pomocą w razie zająknięcia. Jednak matka Miry, która nie raz sprawdzała - na prośbę córki - to wypracowanie, wątpiła w taką możliwość, ponieważ jeśli się opowiada o tym co się kocha słowa płyną jak wartki potok.  
Nawet uczniowie dostrzegli gwałtowną zmianę w zachowaniu koleżanki. Zamiast zgarbiona, stała wyprostowana emanując pewnością siebie. Mary miała przeczucie, że prezentacja Me o słowiańskich bogach będzie niezwykle ciekawa. Lecz nikt tego dnia jej nie usłyszał. 
Dzwonek zadzwonił w momencie, gdy Mira miała wypowiedzieć pierwsze słowo.  
Lekko zdziwiona odwróciła się tyłem do klasy, przyglądając się zegarowi nad tablicą. Zadzwonił o kilka minut za wcześnie.  
Jak w prawie każdej szkole dzwonki nie są punktualne. Niekiedy zadzwonią o minutę lub dwie za wcześnie, odbierając ważne minuty na sprawdzianie, w czasie, których dostało się nagłego olśnienia. 
Bądź o kilka minut za późno odbierając cenną dla uczniów przerwę, gdy odpisują zapomniane zadania domowe.  
W tej sytuacji zadzwonił za wcześnie. Me nie była pewna, czy się cieszyć, czy płakać. Z jednej strony nie musiała dzisiaj przezwyciężać tremy, a z drugiej wiedziała, że nie da się tego odwlekać w nieskończoność. 
Wątpiła, aby  anglistka zapomniała o niej, jeśli ocena z tego projektu mogła zmienić Mojmirze ocenę roczną.  
Wszyscy uczniowie prędko spakowali się i wyszli z klasy. Mira podeszła do swojej ławki i schowała przybory do torby.   
Ty to masz szczęście - rzekła Mary, opierając się o ławkę.  
Zależy jak kto na to patrzy, panno Whitemore - powiedziała nauczycielka, przechodząc obok uczennic. - Jeśli komuś zależy na bardzo dobrej ocenie na koniec to raczej nie. W szczególności, że panna Czarna ma coraz mniej czasu. - dodała anglistka, spoglądając najpierw na Mary, a potem na Me. - Następna lekcja odbędzie się dopiero we wtorek, ponieważ uczestniczę w ustnych maturach. Radziłabym Mojmiro dobrze przygotować się do tego, bo zamierzam od twojego wypracowania rozpocząć lekcję - dodała na koniec.  
Dobrze, pani profesor - odrzekła niemrawo Mira.  
 … 
Kilka minut potem. Plac szkolny.  
Po krótkiej rozmowie z nauczycielką dziewczyny udały się w stronę szkolnej bramy.  
Ona ci raczej nie odpuści - rzekła Mary.  
Serio? Jakoś nie zauważyłam - powiedziała ironicznie Mojmira. 
Nastolatka była lekko poddenerwowana. Świadomość, że anglistka szczególnie wyczekiwała jej projektu, potęgowała jej stres.  
Wiem, że się denerwujesz, ale nie musisz być od razu wredna - odrzekła Mary.  
Starała się udawać urażoną, wypowiedzią przyjaciółki. I trzeba przyznać Me odczuwa lekkie wyrzuty sumienia. Była zła, ale nie chciała wyładowywać się na Mary. Mira Westchnęła ciężko.  
Przepraszam, nie chciałam - oznajmiła Mojmira.  
Spokojnie tylko się z tobą droczę - powiedziała z uśmiechem Mary. 
Jednak zanim Me zdążyła coś na ten temat powiedzieć, obydwie zauważyły przy bramie Jeremy'iego jednego z braci Mary.  
Jeremy był najstarszym bratem Mary. Dobrze wysportowany, mądry mężczyzna. Stał oparty o mur z opuszczoną głową. Kilka blond włosów opadało mu na czoło. Sprawiał wrażenie zamyślonego. Jeszcze nie usłyszał dziewczyn. 
Nastolatki zaskoczone pojawieniem się Jeremy'iego, stały przez chwilę w miejscu. Nie spodziewały się, że ktoś będzie na nie czekał, a tym bardziej brat Mary - w dodatku w mundurze policjanta.  
Dziewczyny podeszły do niego.  
A teraz nasz zakujesz? - zapytała uśmiechnięta Mary, wystawiając ręce przed siebie.  
Jeremy spojrzał na siostrę. Nie przepadał za tym jak się z niego nabijała. Mary była typem śmieszka, który wykorzysta każdą okazję do drobnych żartów. Nie ważne, że mogą zostać wypowiedziane w nieodpowiedniej chwili.  
Niestety za zagrożenie z matmy, nie mogę cię skuć - odrzekł z wrednym uśmieszkiem Jeremy.  
Mary schowała ręce za siebie.  
Już przecież mówiłam, że to poprawię - powiedziała lekko nadymając policzki w złości jak małe dziecko.  
Me oraz Jeremy zaśmiali się. Wszyscy w dość dobrym humorze wsiedli do auta Jeremy'iego, zaparkowanego po drugiej stronie ulicy.  
A w ogóle dlaczego po nas przyjechałeś? - zapytała Mary, zapinając pas.  
Czy bratu nie wolno już odebrać młodszej siostry i jej przyjaciółki? - spytał, poprawiając lusterko w samochodzie.  
Jakoś nigdy nie chciałeś nas odwozić - oznajmiła Mojmira. Jej też zdawało się, że Jeremy dziwnie się zachowuje. 
Wcześniej jak nastolatki prosiły go o podwózkę, mówił im, że nie jest szoferem. Zainteresowało je co się zmieniło.  
Czemu dopatrujecie się w tym drugiego dna? Nie możecie się po prostu cieszyć? - zapytał Jeremy. 
Mężczyzna nie chciał powiedzieć dziewczynom prawdy. W jego oczach Mary i jej przyjaciółka to nadal dzieci. Obawiał się ich reakcji oraz tego co mogą zrobić z tą wiadomością. Lecz im dłużej z nimi rozmawiał, czuł, że nie odpuszczą. Westchnął ciężko.  
Muszę im powiedzieć. Tak będzie bezpieczniej. Mam nadzieję, że nie zrobią nic głupiego, pomyślał.  
Kojarzycie jak dwa dni temu, policja spędziła kilka godzin przeszukując las? - zapytał. Rozległ się cichy warkot silnika. 
Chodzą plotki, że znaleźliście zmasakrowane ciało - odrzekła Me.  
Mojmira jako tym obserwatora, potrafiła zauważyć drobne zmiany w zachowaniu ludzi. Ale jako osoba nie rzucająca się w oczy, często słyszała wiele ciekawych rzeczy. 
A liceum to idealne miejsce, gdzie plotki rozchodzą się w ciągu kilku godzin. 
To mało powiedziane - rzekł ciężko Jeremy.  
Od kiedy pierwszy raz widział zwłoki znalezione na skraju lasu, czasami jak zamykał oczy widział poszarpane ciało. 
W wielu miejscach znajdowały się dziury, a wokół nich zaschnięta krew. Jakby ktoś nadział ofiarę na włócznię albo użył jakieś rury. Policji nadal nie udało się zidentyfikować narzędzia zbrodni. Natomiast twarz ofiary została zmiażdżona. Do teraz nie udało się rozpoznać kim był mężczyzna, a już nie wspominając o zabójcy. Żadnych tkanek pod paznokciami, mimo, że rozmieszczenie ran wskazywało, że pokrzywdzony próbował się bronić. 
Żadnych śladów krwi napastnika, włosów, czy kawałków materiału. Dochodzeniówka tkwiła w martwym punkcie.  
Jedyne co ogłosili w miejscowej prasie, że znaleziono martwego mężczyznę prawdopodobnie zaatakowanego przez zwierzę. 
Policja jak i rada miejska obawiała się ujawnić prawdy. Uważali, że mieszkańcy mogliby wpaść w panikę, a w szczególności, że ich miasto nie należało do tych dużych. Liczyło zaledwie cztery tysiące obywateli.  
Dziewczyny spojrzały po sobie. W przednim lusterku widziały grobową miną Jeremy'iego. Powoli zaczęły obawiać się tego co do nich powie.  
Mamy problemy z rozpoznaniem ofiary, a co dopiero zabójcy. Nie mamy żadnych śladów. Jednak podejrzewamy, że może to być  seryjny morderca - powiedział, skręcając w jedną z ulic osiedlowych. - Dlatego chciałbym, abyście nie wracały same, ani nie robiły nic głupiego - dodał policjant, poprawiając lusterko.
W tej krótkiej chwili mignęły mu twarze dziewczyn zastygłych w
grymasie strachu, zmieszanym ze zdziwieniem. Jednak nie zauważył
pewnej drobnej i na pozór nieistotnej rzeczy. Delikatnego błysku w
oczach Mojmiry. Płomyka ciekawości, który powoli zaczął płonąć.  
Ale musicie mieć jakieś podejrzenia. Czy nie było wcześniej podobnego morderstwa? A może to jakiś były więzień? - dopytywała Me. 
Już to sprawdziliśmy - westchnął Jeremy. 
Chociaż śledztwo trwało dopiero dwa dni, wszyscy chodzili
poddenerwowani. Atmosfera w pracy była ciężka. Przez brak
dowodów, po komisariacie zaczęły chodzić pewne plotki. -
Niektórzy nawet uważają, że to robota Slenderman'a albo któregoś
z jego Proxy'ies. 
Niektórzy to mają wyobraźnię - skwitowała Mary. 
Mimo, że była typem żartownisia to nie wierzyła w żadne paranormalne istoty. Duchy, wiedźmy, biesy istniały dla niej tylko w mitach i legendach. Natomiast Me w tym temacie była jej przeciwieństwem. 
Myślała, że świat to nie tylko cyferki oraz jakieś prawa. Na Ziemi działo się wiele niewytłumaczalnych rzeczy, a większość z nich nadal jest dla ludzi tajemnicą,  a co dopiero Wszechświat. Uniwersum było za duże, aby nie istniała w nim żadna paranormalna istota. 
Ale kreatywność to nic złego. Może dzięki temu natrafią na właściwy trop - rzekła Mojmira. - O! A może to jakiś psychol, który wierzy w tego całego Slenderman'a i go naśladuje - dodała po chwili pełna energii. 
To też jakiś pomysł - rzekł Jeremy, parkując samochód na podjeździe. Po tym oparł się łokciem o podparcie fotela, odwracając się do dziewczyn. - Powtórzę jeszcze raz, tak dla pewności. Nie róbcie nic LEKKOMYŚLENOGO, zrozumiano? - dodał surowym tonem.  
Tak - powiedziały dziewczyny, chociaż żadna nie traktowała tych słów na poważnie. 
Mira uważała to za intrygującą rzecz, a kazanie Jeremy'iego wpuściła jednym uchem, a drugim wypuściła. A Mary przewróciła oczami. Uważała, że brat nie musi traktować jej jak pięciolatki.  
 
Pokój Mary. Godzina 20:35 
Dzisiaj był dzień, kiedy Mojmira mogła nocować u swojej przyjaciółki. Teoria głosiła, że miały się razem uczyć na jutrzejszy sprawdzian z fizyki, jednak praktyka od teorii się różni. Nastolatki spędziły popołudnie na pobieżne przypomnienie sobie zagadnień, a resztę spędziły na przeglądaniu najciemniejszych zakamarków Internetu w poszukiwaniu jakichkolwiek informacji o Slenderman'nie i jego pomocnikach. 
Natrafiły na wiele ciekawych historii. Kilka opowiadań na temat potwora bez twarzy dogłębnie je wciągnęły.  
Mirze najbardziej przypadła do gustu historia, w której to upiór z lasu jest tak naprawdę boskim wysłannikiem, który dał skusić się diabłu. Przez co stracił twarz i został zesłany na Ziemię, poszukując grzeszników.  
Natomiast Mary bardziej przekonała opowieść, że Slenderman jest wynikiem eksperymentu 84-D. Według niego owy chudy mężczyzna był kiedyś człowiekiem, ale spotkał kiedyś niezrównoważonego człowieka, który zmienił jego życie w piekło.  
 Jednak żadna z nich nie wierzyła w przeczytaną historię. 


Dziewczyny skończyły swoje poszukiwania kilka minut przed jedenastą w nocy. Uznały, że następnego dnia poszukają Creepypast o Proxy'ies, którzy nazywali się Hoody, Masky i Ticci Toby.