Translate

środa, 31 maja 2017

Zapomniana Wytrwałość - Rozdział VI

Spis Treści
Rozdział VI (obecnie czytany)

19 sierpnia 1994  
Przyjmę tą datę za prawdziwą, mimo, że nie jest jej pewna.  
Wczorajszy wieczór po walce z gorączką, spędziłam w miłej, rodzinnej atmosferze. Oglądałam z braćmi - szkieletami ich seriale oraz rozmawialiśmy na przeróżne tematy. Dowiedziałam się, że Sans dobrze gotuje, a Paps bardzo szybko się nudzi.  
Sans.... 
On jest dla mnie zagadką. Jak go spotkałam po raz pierwszy zdawał się zmuszać do rozmawiania że mną. Potem traktował jak powietrze, a teraz nagle normalnie ze mną rozmawiał. Nadal z dystansem, ale nie patrzył na mnie tym morderczy wzrokiem.  
Nie rozumiem tego.  
Czy ludzie, którzy byli tu przede mną zrobili coś złego?  
Nie wiem, ale muszę się dowiedzieć. Chciałabym ich lepiej zrozumieć. Poznać ich świat i historię.  
Potwory stanowią coś nowego. Czy są takie jak z bajek jakie słyszałam przed snem jako dziecko? Czy może ich dusze są białe, bo symbolizują miłosierdzie?  
A jeśli duszę istnieją i mają swoje kolory to jaki ma moja?  
Ciekawe, czy kiedykolwiek dowiem się jaki kolor reprezentuje moja dusza... 
 ...
Ale lepiej opiszę dzisiejszy dzień. Bo był dość nietypowy niż poprzedni. Jeśli to w ogóle możliwe.  
Od czego by tu zacząć?  
Łatwiej będzie jak zacznę od ranka.  
Wstałam późno, ponieważ szkieletów nie było już w domu. Wczoraj dowiedziałam się, że Sans i Papyrus idą do szkoły, a Pan Gaster do pracy. Podczas ich nieobecności miała być przy mnie jakaś znajoma Pana Gastera 
Dość szybko poznałam tą znajomą.  
Kiedy podniosłam się, do pokoju weszła wysoka potworzyca. Przypominała różową jaszczurkę bez rąk. Na głowie miała coś w rodzaju kolców? Nie wiem jak miałabym to określić. Przypomina to trochę wachlarz jaki miały niektóre dinozaury. Na głowie miała też różową kokardę. Ubrana była w sukienkę w kratę z różnymi odcieniami różu.


  -Hej! Jak się czujesz? - zapytała z uśmiechem na ustach.  
Byłam lekko zmieszana tą sytuacją. Nie znałam jej, chociaż jest znajomą pana Gastera. Opornie szło mi rozmawianie z obcymi.
- D-dobrze- powiedziałam, a raczej wyjąkałam.  
Nie, że się jej bałam! No może trochę. Wolałam utrzymać bezpieczny dystans. Przecież nie każdy może mnie traktować jak Pan Gaster.
- Spokojnie, nie gryzę - rzekła. 
Dość szybko mnie rozgryzła. Ale moja mama zawsze powtarzała, że można czytać ze mnie jak z otwartej książki... 
Rodzicie, ciekawe co teraz robą? Pewnie się martwią. Jak zareagowali? Czy ktoś poszedł mnie szukać? Znając moich rodzicieli od razu poszli na policję jak tylko Peter  i Jennifer im powiedzieli. Ale mam wątpliwości do tego czy mnie znajdą. Wcześniej inni ludzie znikali w okolicach góry Ebott, odbywały się poszukiwania, jednak nigdy nikogo nie odnaleziono. Nawet ciał. Mogę ich już nigdy nie spotkać.  
Już nigdy więcej nie zobaczę mojej siostry. Cornelia chyba już wie o moim... zaginięciu, jeśli nie o śmierci. Zostawiłam ją. Chociaż jesteśmy bliźniaczkami to ja jestem starsza. Zawsze czułam, że moim obowiązkiem jest ją chronić.  
W szkole prześladowali nas, bo dobrze się uczyłyśmy. Często słyszałyśmy, że jesteśmy pupilkami nauczycieli, ale to nie była prawda. To, że ktoś ma dobre oceny, nie znaczy, że ma łatwiej od nauczycieli. Wręcz przeciwnie! Od takich osób wymagają jeszcze więcej!  
Profesorowie liczą, że tacy uczniowie będą brali udział w konkursach. Przez to trzeba się uczyć dodatkowych partii materiału.  
Jak nas dręczyli potrafiłam się postawić. Nienawidziłam jak ktoś obrażał moją siostrę, mimo, że nie zawsze się z nią zgadzałam. Broniłam ją. Chociaż raz skończyło się to bójką i wizytą u dyrektora, ale ktoś wreszcie zainteresował się naszą sprawą!
Dzieciaki odpuściły. Wolałam być przez większość ignorowana niż szykanowana. Podobnie myślała moja siostra. Obiecałam, że będę przy niej... A teraz? Zostawiłam ją. Boję się, czy sobie poradzi, czy zniesie samotność.  
Trochę trudno mi opisywać coś miłego, skoro czuję się okropnie. Ale muszę. Nie mam tu z kim rozmawiać. Oni tego nie zrozumieją. Im życie nie legło w gruzach. Są w domu w otoczeniu rodziny, a ja swoją straciłam.  
Nawet jakbym komuś powiedziała to nic by to nie zmieniło. Słowa nic nie zmienią. One nie cofną czasu. Na razie nie wiem co mam robić. Nie znam tego świata. Musze się o nim dowiedzieć więcej. I co nie co udało mi się zasłyszeć od tej różowej potworzycy. 
- Nazywam się Saera - powiedziała spokojniej jaszczurzyca. Siedziała obok mnie na kanapie. Razem jadłyśmy śniadanie. Proste i niewymagające żadnych umiejętności kulinarnych kanapki. Tłumaczyła mi właśnie kim jest. - Mam staż u doktora Gastera. Normalnie teraz pracowałabym z panią Resme... - Zauważyłam, że Saera lubiła mówić i to dużo.  
Większość rzeczy jakie mi powiedziała były nieistotne oraz było ich po prostu za wiele, aby to wszystko spamiętać. Można powiedzieć, że w trakcie jej monologu odpłynęłam, jednak udało mi się uchwycić kilka intrygujących rzeczy.  
 Całe Podziemie otoczone jest przez barierę, której nie może przekroczyć żaden człowiek ani potwór.  
 Przed de mną spadło tu już kilkoro ludzi. Zgadzało się to z osobami, które zaginęły w moim mieście.  
 Najbardziej zaskoczyła mnie historia Chary. Nie znałam jej osobiście, byłam za mała, aby ją pamiętać. Jednak wielu ludzi opowiadało mi co działo się u niej w domu, a raczej domysły. Ale wszystko łączył ojciec alkoholik. Słyszałam, że była dość trudnym dzieckiem. Zdziwiło mnie, że tu została księżniczką - pomocną i kochaną osobą. Zmarła na skutek tajemniczej choroby. A jej kozi brat Asriel na skutek obrażeń jakie zadali mu ludzi.  
To było dziwne. Czułam się jakby Saera mówiła o zupełnie innej osobie. Lecz prawda jest taka, że wszystko co wiem o Charze to mogą być plotki. Dziewczyna mogła pokazać kim naprawdę jest dopiero w Podziemiu, kiedy ktoś dał jej szansę.   
Kolejnym szokiem był dekret królewski - zabić każdego człowieka, który wpadł do Podziemia. Saera powiedziała to przez przypadek. Od razu jak to się stało zmieszała się.  - Ja nie powinnam cię tak straszyć - rzekła szybko. - Doktor Gaster mówił, że jesteś pod jego opieką - dodała, kładąc mi rękę na ramieniu. - Nikt ci nic nie zrobi.  
Ta wiadomość trochę mną wstrząsnęła. Na początku wywołała u mnie strach, jednak przypomniały mi się słowa pan Gastera. Obiecał, że będę bezpieczna. Gdyby chciał mnie zabić, nie leczyłby mnie. Jednak ciekawiło mnie, dlaczego król Asgore tak nakazał.  
- Ale dlaczego wasz król tak rozkazał? - Zdawało mi się, że moje pytanie ją zaskoczyło.  
Może spodziewała się jakieś sceny paniki? Przez treningi karate nauczyłam się chłodno analizować sytuacje i nie okazywać zbędnych emocji. W walce pokazanie przeciwnikowi swojej niepewności lub strachu może przyczynić się do przegranej. W życiu bywało podobnie.  
Po dłuższej chwili Saera opowiedziała mi o reszcie przybyłych ludziach. O odejściu królowej Toriel oraz występkach Odwagi. Pomogło mi to zrozumieć odczucia potworów, jednak to nie dawało im prawa do zabijania. Miałam co do nich mieszane uczucia. Ludzie niewinni ( z wyjątkiem Odwagi ) umarli za czyjeś błędy. Nie podobało mi się też to jak uprzedmiotowili resztę ludzi - Cierpliwości oraz Uczciwości. Odwaga dostał to na co zasłużył. W szczególności za to jak skrzywdził rodzinę Gastera 
To co im zrobił było niewybaczalne!  
Pan Gaster to zaskakujący potwór. Po tym co ludzie mu zrobili jak o mały włos nie stracił rodzinny, potrafił mi zaufać. Dał mi szansę. Nie mogę jej zmarnować.  
Ale wracając do mojej rozmowy z Saere. 
- Podejrzewam, że ze strachu i chęci obronny poddanych - powiedziała spokojnie moja towarzyszka. Po chwili się jednak zmieszana, zamilkła.  
- Coś się stało? - zapytałam.  
- Czy ta rozmowa mogłaby zostać miedzy nami? - zapytała niepewnie potworzyca. - Miałam się tobą opiekować, a nie cię straszyć  
- To będzie nasza dziewczyńska tajemnica - powiedziałam.  
Mi to też było na rękę. Z tego co się dowiedziałam, pan Gaster za żadne skarby by mi o tym nie powiedział. Może z obawy, może z troski. Nie jestem pewna. Jednak wolałam wiedzieć. Nie lubię kiedy nie mam nakreślonej jasnej sytuacji. Bez tego czuję jakbym błądziła.
Teraz wszystko powoli się wyjaśnia. Jednak nadal wiem za mało. Nie potrafię przewidywać. Nie wiem co mnie tu spotka, czy ktoś się nie wyłamie i mnie nie zabije. Lecz na razie jestem bezpieczna. Ale co dalej? 
...
Wracając do dalszej części dnia, aż do powrotu szkiele-braci ze szkoły przyjemnie spędziłam czas z Saere. Polubiłam ją, mimo, że jest gadułą. Dowiedziałam się też, że znajdujemy się w śnieżnym mieście Snowdin. Mało oryginalna nazwa.  
Tak samo jak reszta. Hotland – miejsce pełne lawy, gorących skał oraz wysoka temperatura. Waterfall – kraina z wieloma rzekami oraz jeziorami i oczywiście jak nazwa na to wskazuje wodospadami. Core - rdzeń, źródło zasilania całego Podziemia. Nowy Dom – stolica Podziemia. Król Potworów z kiepskim talentem do wymyślani nazw.  
Oprócz tego pograłyśmy w chińczyka oraz warcaby, które leżały pod telewizorem.  
     ...
Około drugiej wrócili szkiele-bracia.  
 - WITAJ KATHARINO! - krzyknął Papyrus, stojąc jeszcze w progu.  
- Paps, nie stój w drzwiach - upomniał go Sans, stojący tuż za nim.  
Papyrus wszedł do środka, szybko zdejmując kurtkę. Próbował zarzucić nią na wieszak, ale nie trafił. Od razu podbiegł do mnie, tuląc się na powitanie. Trochę zaskoczona, odwzajemniłam uścisk. 
Kątem oka zauważyłam Sansa podnoszącego kurtkę Papsa. Przez chwilę nasz wzrok się spotkał. Jednak on szybko się odwrócił.  
Teraz przynajmniej rozumiem jego zachowanie. Naprawdę mu współczuję. Ludzie pokazali się mu z naprawdę złej strony. Muszę to naprawić. Nie wszyscy ludzie są źli.  
- No to ja się będę zbierać - oznajmiła Saere, wstając z kanapy.  
- DLACZEGO? - zapytał ją Paps z lekkim smutkiem w głosie. - DOPIERO PRZYSZLIŚMY.  
- Miałam opiekować się waszą przyjaciółką, aż wrócicie do domu - oznajmiła jaszczurzyca, kierując się w stronę wieszaka. - Z chęcią zostałabym z wami dłużej, ale obiecałam pani Resme, że popołudniu pomogę jej w laboratorium - dodała. Na wieszaku wisiał jasnoróżowy płaszcz z futerkiem przy kołnierzu. Nagle otoczyła go różowa poświata. Zaczął lewitować! Naprawdę uniósł się w powietrzu i opatulił Saere. To było niesamowite! Zrozumiałam, że to była jej magią. Jednak wróce do dalszych wydarzeń. Saere widząc smutną minę Papsa szybko dodała. - Ale jutro zostanę z wami dłuższej.  
Na te słowa Papyrus od razu się rozpromienił. Jeśli to w ogóle możliwe u szkieletów. 
Saera pożegnała się z Sansem i wyszła.  
                                                      ...
Muszę przyznać, że to naprawdę fajna osoba. Bardzo gadatliwa i się z nią nie nudziłam. Później też nie jak pomagałam przy obiedzie. To akurat trochę śmieszne. 
Papyrus usiadł obok mnie, zmuszony przez brata do odrobienia lekcji. A Sans poszedł do kuchni zająć się obiadem.  
Należę do osób, które mimo choroby nie potrafią usiedzieć w miejscu.  
Dzisiaj nie było inaczej, a w szczególności, że zadziwiająco dobrze się czułam.  
Nuda wpływa na moją wyobraźnię. Pobudza ją jeszcze bardziej. I wpadłam na pewien ciekawy pomysł.  
- Papyrus, macie może w domu krzesło na kółkach? - zapytałam.  
Szkielet spojrzał na mnie lekko zdziwiony.  
- A DO CZEGO CI ONO  POTRZEBNE? 
- Nie cierpię się nudzić, a siedzenie na kanapie to powoduje. Natomiast krzesło na kółkach gwarantuje sporo zabawy - odrzekłam z uśmiechem.  
W mojej głowie roi się wiele dziwnych pomysłów, a to należy do jednych z nich.  
Paps milczał przez chwilę, lecz zgodził się. Szybko pobiegł do schowka, znajdującego się pod schodami. Kilka minut później ulokowałam się na moim "pojeździe". 
Papyrus zrobił mi kartkę z napisem "krzesłomobil", którą przyczepiliśmy do krzesła taśmą klejącą.  
Oparłam się rękoma o oparcie, a zdrową nogą odpychałam się od podłogi. W ten sposób znalazłam się przy wejściu do kuchni. Obok mnie stanął Papyrus i razem oglądaliśmy krzątającego się po kuchni Sansa 
- Jak sądzisz pewnie przydałaby mu się nasza pomoc, co nie? - zapytałam. Młody spojrzał na mnie trochę zły. Chyba nie lubił obowiązków domowych, ale czemu tu się dziwić. Jakie dziecko w jego wieku lubiłoby sprzątać zamiast iść się bawić. Jednak dzięki przyjaźni z Jeny, dowiedziałam się, że małolaty można łatwo przechytrzyć, aby zrobiły co każą inni. - Wspaniały Papyrus, boi się sprostać takiemu wyzwaniu?  
- WSPANIAŁY? - spytał lekko zdziwiony, jednak zadowolony z określenia. 
- No tak. Myślałam, że ktoś tak uczynny i współczujący jest Wspaniały i nie boi się sprostać żadnemu wyzwaniu - odwróciłam się do niego plecami. - Ale skoro to cię przerasta, to trudno.  
Młody milczał, jednak jestem pewna, że analizuje moje słowa.  
- POSTANOWIONE, WPANIAŁY PAPYRUS PRZYJMUJE TO WYZWANIE! - krzyknął.  
Kątem oka go obserwowałam. Jak wypowiadał te słowa jego oczy... oczodoły? zdawały się migotać.  
Odwróciłam się do niego z uśmiechem. Zapowiadała się niezła zabawa i tak się też stało. Jednak zaczęłam wątpić, kiedy obok nas pojawił się Sans. 
- Papy, czemu tak krzyczysz? - zapytał Sans brata, a potem spojrzał się na mnie. No... muszę przyznać, że był nieźle zaskoczony jak zobaczył mnie na krześle z kółkami oraz napisem "krzesłomobil". - Co to ma być? Gorączka wróciła? - dodał, wskazując drewnianą łyżką na mnie.  
- Co nie widać? - spytałam, podjeżdżając do niego. - To krzesłomobil. Będzie mi pomagać się przemieszczać, dopóki kości mi się nie zrosną. 
- Chyba, żeby je ponownie połamać - rzekł Sans. - Lepiej wracaj na kanapę nim sobie coś zrobisz. - dodał, wracając do kuchni. - A ty Paps wracaj do lekcji.  
Papyrus tupnął nogą z niezadowolenia. Przyznaję też byłam zła na Sansa, że nie chce naszej pomocy. Zbytnio tego nie rozumiałam, lecz szczęście mam dzisiaj sprzyjało.  
A dlatego, że Sans musiał wyjść do sklepu po brakujące składniki. 
- Idę do marketu - rzekł, zakładając kurtkę. Spojrzał na nas poważnym wzrokiem. - Macie nie sprawiać kłopotów pod moją nieobecność, zrozumiano?  
- Tak, panie kapitanie! - krzyknęłam, salutując szkieletowi.  
Sans tylko przewrócił oczami... oczodołami? Nawet nie wiem jak to opisać. Mam z tym mały problem.
Natomiast Paps cicho się zaśmiał. Potem Sans wyszedł, a ja wcieliłam swój plan w życie. Kilka minut po wyjściu starszego z braci, odkryłam się kocem. 
-  A ty na co czekasz? - zapytałam, szczerząc się do Papy'iego. Młody spojrzał na mnie na początku niepewnie, jednak prędko załapał o co mi chodzi. Ponownie wyjął krzesłomobil ze składzika, który schował Sans. - Do dzieła Wspaniały Papyrus'ie! Czas zrobić obiad! - zawołałam wjeżdżając do kuchni.  
Rozejrzałam się po niej. Sans zaczął robić posiłek, ale niewiele zdążył przygotować. Zdaje mi się, że dopiero rozpił mięso i chyba zabierał się za jakiś sos.  
Uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Już wiedziałam co miałam zrobić. 
 
Jestem idiotą. 
To była jedyna myśl jaka nawiedzała mnie od wyjścia ze sklepu. Pewnie ciekawi was dlaczego? A to akurat jest naprawdę interesujące. Może dla niektórych zabawne. Tego dnia serio miałem pecha. I chociaż nie jestem przesądny, zacząłem wierzyć, że prześladuje mnie nieszczęście. 
Najpierw poszedłem do sklepu. W Snowdin jest tylko jeden market, dość niedaleko od mojego domu. Zaledwie dziesięć minut piechotą. 
Wszystko wyglądało normalnie. Wszedłem, wziąłem potrzebne rzeczy i ruszyłem do kasy. Taa... Lecz nie doszedłem do niej tak szybko jak myślałem. A mianowicie w środku dnia jakiemuś pracownikowi musiało się nudzić i to bardzo.
Umył podłogę w jednym z działów, ale nie zostawił nigdzie tabliczki, że mokra podłoga. Wparowałem do przedziału, który był najszybszą drogą do kas. Nie chciałem tracić ani chwili. Zaczynałem mieć złe przeczucie zostawiając Kath i Papsa samych w domu. Ten jej krzesłomobil, spowodował, że zaczynałem się obawiać, czy z jej głową wszystko w porządku.  
Bieganie po mokrym korytarzu zazwyczaj źle się kończy i w moim przypadku nie było wyjątku.  
Poślizgnąłem się. Upadając, instynktownie chwyciłem się najbliższej półki. Wylądowałem na ziemi, a obok – i na mnie – kilogramy mąki. Nie musiałem też patrzeć do koszyka, aby wiedzieć, że jajka nie przetrwały upadku.  
Po chwili pojawił się pracownik. Dość niski osobnik, przypominający kształtem statek kosmiczny, brązowego koloru. Jednak zamiast mi pomóc skrzyczał mnie. 
- Co ty wyrabiasz, bachorze?! - zawołał oburzony potwór. - Nie widać, że jest świeżo umyta podłoga?! 
Każdy ma swoje granice. Ja też swoje miałem. I w tym momencie się skończyły. Chociaż teraz mogę powiedzieć, że troszeczkę za ostro zareagowałem.  
- Wiesz, gdyby jakiś imbecyl pamiętał o zostawieniu tabliczki, to bym tu nie wlazł! - krzyknąłem na niego, wstając z podłogi.   
Czasami mógłbym być cicho... Po tym rozgorzała między nami kłótnia i nie obyło się bez pewnych epitetów. Raczej nie muszę mówić jakich.  
Wokół nas zebrał się też niemały tłum. Wszyscy przyglądali nam się w milczeniu, w ogóle nie reagując, dopóki nie pojawił się kierownik. Pan Bront Snow - młody potwór, wyglądem przypominający wielkiego, śnieżnobiałego ptaka. Obecnie jest dziadkiem pewnego dzieciaka z sąsiedztwa Snowdrike'a 
- Wy dwaj do mojego gabinetu. - Pokazał na nas Pan Snow 
Czułem w kościach, że będę miał niemałe kłopoty. Ze zwieszoną głową udałem się za kierownikiem, a obok nie szedł ten pracownik – Terry. Może część z was domyśliła się, że ten osobnik jest spokrewniony z Jerry'm. Tak. To jego ojciec.  
Jeśli ktoś miałby urządzić zawody w wkurzaniu potworów to ci dwaj zajęliby pierwsze miejsce. W końcu Jerry musiał nauczyć się od kogoś takiego zachowania.  
Pan Terry szedł obok mnie z szyderczym uśmieszkiem. Jakby uważał, że może na mnie wszystko zwalić i jemu nic się nie stanie.  
Gdybym wtedy wiedział co wiem dzisiaj...  
Wtedy myślałem, że mam po prostu pecha w najgorszym tego słowa znaczeniu. A tak naprawdę twórca tworząc mój świat postanowił uprzykrzyć mi życie. 
Nie wiem, czy jej się nudziło... 
Bawiło ją to w jakiś sposób? A może miała zły dzień i chciała się jakoś wyżyć?  
Jakoś nigdy ją o to nie pytałem. Chociaż "spotkałem" się z nią kilka razy... To raczej nie były spotkania. Kiedy odkryłem istnienie linii czasowych, możliwości zapisu i resetu, dowiedziałem się też, że oryginał pochodzi z gry, a ja z opowiadania.  
Nasze spotkania tak naprawdę nimi nie były. Po prostu kiedyś przechadzając się po lesie Snowdin, chciałem zmusić Autorkę do konwersacji - różnymi tekstami, zagroziłem nawet, że powiem wszystkim mieszkańcom Podziemia prawdę. Poskutkowało. Ze strachu się odezwała. Nasze konwersacje były ciekawe, ale może o tym później, jeśli ona się na to zgodzi.  
Ale wracając.  
Pan Snow poprosił, aby wyjaśnić mu całą sytuację na spokojnie. Lecz z panem Terry'm tak się  nie da. Jak oparzony wstał z krzesła, wymachując krótkimi rękoma.  
- Ten chłystek, wszedł na morką podłogę i zniszczył półkę! Rozsypał przy tym też mąkę! On nie szanuje mojej pracy i czasu! - krzyczał na całe gardło. Jakby to miało coś zmienić. 
Starałem się siedzieć cicho i poczekać na moją kolej. Nie chciałem bezsensowną kłótnią, jeszcze bardziej pogorszyć swojej sytuacji, lecz dalsze słowa wyprowadziły mnie z równowagi.  
- I do tego nie raczył nawet popatrzeć na tabliczkę! - oznajmił z wielkim wyrzutem Terry. Zdenerwował mnie i to bardzo. Tam nie było żadnej tabliczki! Ślepy nie jestem! I dałbym sobie kości połamać, że jej tam nie było! 
- Nie zgrywaj świętoszka! Wcale jej tam nie było! - wydarłem się, gwałtownie wstając. I ponownie zaczęliśmy się kłócić.  
Nawet nie zauważyliśmy jak pan Bront wziął telefon i gdzieś zadzwonił. Nie jestem pewien jak długo to trwało.  
- Sans, możesz mi wyjaśnić, co tu się dzieje? - zapytał spokojnie ojciec, stojący w drzwiach.  
Obejrzałem się w jego stronę. Miał na sobie jeszcze fartuch. Pan Snow musiał oderwać go od pracy. Po moich kościach przeszedł dreszcz. Kątem oka dostrzegłem wredny uśmieszek na twarzy pana Terry'ego.
- Dostaniesz za swoje gówniarzu - powiedział do mnie, kierując się w stronę wyjścia.  
- Panie Terry, jeszcze nie skończyliśmy rozmowy - rzekł surowo kierownik. 
Zdezorientowany potwór niepewnie spojrzał na swojego pracodawcę, po czym usiadł. Ojciec natomiast stanął za mną. 
- Sans, możesz nam teraz powiedzieć co się tam wydarzyło? - zapytał już spokojnie pan Bront. 
Wyraz twarzy Terry'iego nagle się zmienił. Zmarszczył gniewnie brwi. 
 - Dlaczego jeszcze pytacie się tego smarkacza?! Powinien dostać niezłe lanie - rzekł pracownik. 
- Niech pan nie mówi jak mam wychowywać mojego syna - rzekł ojciec, patrząc z ukosa na Terry'iego. W oczach potwora dostrzegłem strach.  
- Niech się pan nie pogrąża - oznajmił pan Snow, a potem dodał, patrząc na mnie. - Śmiało, zaczynaj. 
Na spokojnie opowiedziałem jak zaszło. Co jakiś czas pan Terry, próbował mi przerywać, lecz morderczy wzrok ojca przystopował go.  
Jakieś półgodziny potem, wyszliśmy z gabinetu kierownika. Terry starał się podważyć moje słowa, więc zdenerwowany pan Snow, sprawdził zapis z kamer. I to ja wygrałem. Pan Terry musiał nas przeprosić oraz z własnej kieszeni zapłacić za szkody, a ja dostałem darmowe zakupy.  
Dopiero jak wyszliśmy ze sklepu dowiedziałem się, że straciłem, aż półtorej godziny. 
- Tato, lepiej się pośpieszmy - powiedziałem lekko zestresowany. Już miałem w głowie miliony tragicznych scenariuszy, dotyczących Papsa i Kath 
- Dlaczego? - zapytał zdziwiony ojciec. 
- Oni są sami w domu, a Kath wymyśliła, że może jeździć na obrotowym krześle - oznajmiłem.  
Ojciec przyznał mi rację. Dotknął mojego ramienia. Wszystko działo się w mgnieniu oka. Otoczyła nas fioletowa magia i znaleźliśmy się w kuchni. To co zobaczyliśmy szczerze nas zaskoczyło, ale w dobrym znaczeniu tego słowa.   
Na stole leżały talerze z sutą porcją spaghetti karbonara. Jeszcze parowało. Obok piekarnika odwróceni do nas plecami znajdowali się Katharina oraz Papyrus.   
- Za pięć minut ciasto czekoladowe będzie gotowe - oznajmiła nastolatka, wpatrując się w wnętrze urządzenia.  
- MAM NADZIEJĘ, ŻE BĘDZIE IM SMAKOWAĆ! - rzekł młody. 
- Tego możecie być pewni - powiedział spokojnie ojciec.  
Kath nie spodziewała się tego i gwałtownie podskoczyła krześle. Odwróciła się napięcie razem z Papsem, który jak tylko nas zobaczył podbiegł się przywitać.  
- Jak wy tu? - Kath popatrzyła na nas zupełnie zagubiona.  
- Magia - rzekłem krótko, dokładając zakupy na blat. Dziewczyna spojrzała na mnie lekko naburmuszona.  
- Tego to się akurat sama domyśliłam - odrzekła. - Chodziło mi raczej o wyjaśnienie tego.  
- A to jest proste - oznajmił ojciec, i zaczął wyjaśniać. - To jest coś ma kształt teleportacji. Niewielu potrafi używać tak skomplikowanej magii. Cząsteczki magiczne muszą otoczyć całą powierzchnię osoby lub przedmiotu, kiedy to już nastąpi trzeba wiedzieć, gdzie się przenieść. Wyobrażamy sobie miejsce docelowe, a cząsteczki nas tam przenoszą.  
Przez cały 'wykład' Katharina uważnie słuchała. Chłonęła każde wypowiedziane przez ojca słowo.  
Nawet Paps słuchał ojca jak zaklęty.  
- Słuchajcie. Wiem, że jesteście oczarowani naszym przybyciem, ale jestem głodny. Możemy już jeść? - powiedziałem.  
- Musisz to robić nawet przy obiedzie?! - Tupnął nogą zdenerwowany Paps 
Ojciec zaśmiał się. Jego zawsze bawiły moje żarty, w końcu potrafiliśmy urządzać sobie zawody w opowiadaniu dowcipów. Kątem oka spojrzałem na Kath. Lekko się uśmiechnęła.  
Pomyślałem, że skoro śmieszą ją moje suchary to nie jest taka zła albo ma podobne poczucie humoru.  
Małymi kroczkami się do niej przekonywałem.  
Podczas posiłku nie działo się nic dziwnego oprócz tego, że według ojca kości Kathariny zrosną się w przeciągu tygodnia.  
- Ale jak to? Myślałam, że zajmie to co najmniej miesiąc - oznajmiła zdziwiona oraz zafascynowana jednocześnie.  
- Chociaż twój szkielet posiada inną budowę to reaguje tak samo jak nasz na magię leczącą - wyjaśnił ojciec.  
- TO FANTASTYCZNIE! ZA TYDZIEŃ BĘDĘ MÓGŁ CI POKAZAĆ SNOWDIN! - krzyknął uratowany Papyrus. Czasami mój brat sam mi się podkłada.  
- Chciałeś raczej powiedzieć Sansastycznie - rzekłem.