Translate

niedziela, 30 kwietnia 2017

Kochankowie Bezksiężycowych Nocy

Spis treści
Rozdział I (obecnie czytany)

Czy słyszeliście kiedyś o książęcym synu, który zwał się Chors? Albo o pięknej córce wilkołaka imieniem Stella? Nie? To zaraz poznacie ich historię...
Chors był synem Świętowita - boga, który przyczynił się do stworzenia świata. Chors posiadał dwóch starszych braci, którzy od niepamiętnych czasów toczyli walki. Pierwszy z nich to Perun - bóg piorunów,  pracujący w swojej kuźni, kochał ludzi oraz świat. Drugi z braci był to złowrogi bóg mórz zwany Weselem - pragnął on panować nad ludźmi. Ale to nie o nich jest moja historia.
Chors był strażnikiem, który pilnował, aby świat nie pogrążył się w chaosie podczas nieobecności Świętowita. To właśnie on jest strażnikiem nocnego nieba – jest Księżycem. Widzieliście, że Księżyc raz w miesiącu znikał z nieba? Niektórzy mówią, że zjadały Go wilki oraz ich kuzyni wilkołaki, a potem odradzał się na nowo. Ale prawda jest trochę inna i zamierzam wam uchylić rąbka tajemnicy znikającego Księżyca.
A zaczęło się to kiedy Księżyc po raz kolejny zniknął z nocnego nieba. Wtedy przesiadywał u swojego brata Peruna w boskiej kuźni. Chors często się nudził, choć pełnił ważną funkcję, nie przepadał za nią. A kto by lubił jakby wilki go zjadały? Dlatego lubił rozmawiać z starszym bratem. Ale to tylko cztery dni w miesiącu, przez większość czasu był samotny.
Chors stał przy drzwiach do kuźni brata. Słyszał stamtąd ciężki męski głos brata oraz delikatny kobiecy głos, należący do jego siostry –Jutrzenki. Nie wspomniałam o niej wcześniej? Chociaż nie odegrała znaczącej roli w tej historii to wspomnę o niej, dzięki temu lepiej zrozumiecie zachowanie Chorsa.
Jutrzenka była jedyną córką Świętowita oraz siostrą Peruna, Wesela i oczywiście Chorsa. Bogini zwiastowała nadejście nowego dnia. Codziennie o tej samej porze otwierała bramy Wyraju, aby jej ojciec mógł wyruszyć w podróż po niebie. Pewnego razu nie zjawiła się. Okazało się, że została porwana, ale nie będziemy się w to zagłębiać. Najważniejsze jest to, że Księżyc chcąc zyskać bogactwa Peruna okłamał ojca, że jego brat zginął i to on – Chors - zabił smoka, który porwał jego siostrę. Ale jak każde kłamstwo to też szybko wyszło na jaw. Perun wrócił i pokazał ojcu dowód, że to on zabił potwora, pokazując jego odcięty język. Chors poczuł wstyd. Okłamał ojca oraz ukochaną siostrę dla spełnienia własnych potrzeb, więc postanowił nigdy nie pokazywać się na oczy Jutrzence. Nie chciał, aby mu współczuła z powodu jego samolubnej decyzji.
Po jakimś czasie Perun wybaczył młodszemu bratu tę niesnaskę. Ale Chors nadal nie potrafił spojrzeć siostrze w oczy, więc ją unikał. Dlatego stał obok drzwi do kuźni i czekał... Czekał, aż siostra pójdzie otworzyć bramy Wyraju – boskiej krainy, gdzie żyli oni oraz dusze zmarłych. Kiedy drzwi otworzyły się, Książęcy Syn schował się za rogiem przyglądając się swojej siostrze. Z uśmiechem na twarzy pożegnała się z Perunem, biegnąc w stronę Bramy. Poczuł ukłucie w sercu. Ten uśmiech już nigdy więcej nie będzie do mnie skierowany, pomyślał ponuro Chors. Poczekał, aż zniknie za drzewami i wszedł do kuźni. W środku ujrzał swojego brata z młotem w ręce, wykuwającego jakieś nowe ziemskie stworzenie. Perun odwrócił się jak tylko usłyszał skrzypienie zamykających się drzwi. Uśmiechnął się do brata, obnażając przy tym białe zęby.
- Witaj, drogi bracie! - powiedział radośnie Perun odkładając młot. - Czy to nadeszły te wyjątkowe cztery dni? - zapytał znając odpowiedz.
Perun roześmiał się, ściskając mocno brata. Zawsze tak robił kiedy się spotykali. Zawsze okazywał mu dużo troski i miłości. Przy nim Chors zapominał o samotności, która mu doskwierała. Młodzieniec roześmiał się lekko w odpowiedzi, odwzajemniając niedźwiedzi uścisk brata. Jak zawsze rozmawiali o wszystkim co się stało od ich ostatniego spotkania. Perun wiedział, że brat czuje się samotny, ale dzisiaj zdawał się jeszcze bardziej osamotniony. Może to przez to, że widział Jutrzenkę, pomyślał zatroskany gromowładny. Chciał jakoś pomóc bratu, aby nie cierpiał. Nie chciał utracić drugiego brata. Zastanawiał się przez chwilę i wpadł na genialny pomysł. Postanowił od razu zadziałać.
- Chorsie. - Zwrócił uwagę brata, który przyglądał się jednemu z jego dzieł. Młody bóg spojrzał na gromowładnego wyrwany z zamyślenia. - Tak mnie jakoś zastanawia. Jesteś strażnikiem nocnego nieba - mówił Perun, a Chors coraz uważniej wsłuchiwał się w słowa brata. Księżyca bardzo ciekawiło do czego zmierzał jego brat. - Obserwowałeś Ziemię wiele razy z nieba, jak nasz ojciec, ale... Nigdy tak naprawdę na niej nie byłeś! Nie poznałeś jej piękna tych cudownych wodospadów, łąk... - Dalej młodzieniec nie słuchał, ponieważ zawsze kiedy schodzili na temat Ziemi i jej mieszkańców jego brat stawał się jeszcze bardziej rozmowny, jeżeli to w ogóle było możliwe.
Młodzieniec zaśmiał się w odpowiedzi, obiecując bratu, że kiedy znowu zniknie z posterunku zwiedzi "ten cudowny i niesamowity świat" jak to zwykł mawiać jego brat.
W końcu nie zaszkodzi mi jakaś drobna odmiana, pomyślał Chors.
Minął miesiąc. Strażnik zszedł z nieba, pojawiając się na leśnej polanie. Postanowił, że to właśnie tutaj rozpocznie swoją "przygodę".
Rozejrzał się wokoło, przyglądając się drzewom otulonych ciemnością. Usłyszał szelest liści. Odwrócił się w tamtą stronę i ujrzał małego lisa. Uśmiechnął się lekko do zwierzęcia, a lisek niepewnie podszedł do boga. Spojrzał na niego, a kiedy młody bóg chciał go pogłaskać malec uciekł spłoszony. Księżyc zaśmiał się cicho, spoglądając za znikającym zwierzęciem.
Chors przechadzał się po lesie zaintrygowany jego tajemniczością. Dziwił się sam sobie, że nie wpadł wcześniej na taki pomysł. Choć widział tylko kawałek rozległego świata, tak naprawdę nie wiedział o nim absolutnie nic. Podziwiał każde drzewo, zwierzę i kwiat. Aż z zamyślenia wyrwał go szum strumyka. Postanowił go zobaczyć, więc skierował się w stronę spokojnego dźwięku.
Wyjrzał ostrożnie za drzew i zobaczył postać kucającą nad rzeczką. Zaciekawiło go to, ponieważ ludzie przez bestie o oczach czerwonych, nie zapuszczali się sami do lasu w nocy. Podszedł bliżej ostrożnie przy tym stąpając.
Widział wcześniej ludzi, ale ten człowiek zaintrygował go. Musiał on być albo bardzo odważny albo bardzo głupi, nie zdając sobie sprawy z zagrożenia jakie na niego czyhają.
Kiedy znalazł się blisko tajemniczej postaci spostrzegł, że jest to kobieta o niezwykłej urodzie. Widział ją dokładnie w słabym blasku gwiazd. Mleczna cera, włosy koloru dojrzałych kłosów zbóż. Drobna postura.
Podszedł jeszcze bliżej, ale usłyszała go. Odwróciła się gwałtownie. Ujrzał wtedy oczy koloru błękitnego nieba. Nie spodziewał się tego, więc stanął jak wryty. Natomiast dziewczyna wystraszyła się.
Obawiała się, że zrobi jej krzywdę, więc uciekła w ciemny las. Chors zawiedzony nie chciał dalej straszyć dziewczyny, dlatego nie pobiegł za nią. Ale nie mógł też o niej zapomnieć, ponieważ oczarowała go swoją nieskazitelną urodą. Zrezygnowany odpuścił sobie dalsze zwiedzanie świata śmiertelnych. Spojrzał jeszcze raz na miejsce, gdzie zniknęła owa piękność i zniknął wraz z pierwszymi promieniami słońca. Tak właśnie minęła pierwsza noc.
Książęcy syn zauroczył się niewiastą znad rzeki i postanowił znowu ją spotkać. Dzień spędził z bratem, opowiadając mu o wydarzeniach minionej nocy. Perun uznał, że mógłby spróbować znaleźć tę ziemiankę, skoro go tak zaintrygowała. Gdy słońce zniknęło za horyzontem Chors zjawił się w miejscu, gdzie widział damę, która przez jedną noc zdążyła rozgrzać jego serce.
Książęcy syn usiadł nad brzegiem i czekał. Usłyszał szelest liści i z nadzieją spojrzał w stronę skąd dochodził dźwięk. Ale to nie była ona...
Z krzaków wyszła młoda sarna. Zwierzę podeszło do księcia, chwiejąc się na nogach. Księżyc uśmiechnął się lekko na ten rozczulający widok. Musiała się niedawno urodzić, pomyślał. Sarna usiadła obok niego na trawie, opierając głowę na jego kolanach. Siedział tak, czekając oraz podziwiając las.
Nie wiedział, że jest obserwowany przez kobietę, którą wystraszył zeszłej nocy. Patrzyła na niego przez chwilę i miała już zamiar odejść. Młodzieniec rozejrzał się jeszcze raz. Wtedy spostrzegła jego piękne jasne oczy, które zdawały się świecić jak gwiazdy.
Nie zauważył jej, ale ona już utonęła w jego urodziwych oczętach. Zastanawiała się, czy nie przywitać się z nieznajomym  i przeprosić za zeszłą noc.
Ta sarna mu ufa, jeśli byłyby zły nie przyszłaby, pomyślała obierając się rękoma o drzewo. Kiedy Chors porzucił nadzieję na spotkanie postanowił odejść, ale piękność skryta za drzewami pragnęła, żeby nie znikał.
- Czekaj! - krzyknęła za nim.
Kiedy zdała sobie sprawę co zrobiła, zadziwiona swoją reakcją, zasłoniła sobie usta. Bóg odwrócił się i ujrzał ją skrytą pośród drzew. Zadziwiła siebie i Chorsa, ale oboje chcieli się spotkać. Nieśmiała niewiasta wyszła z kryjówki, a książęcy syn podszedł do niej.
- Witaj - powiedział uśmiechnięty Chors.
Był szczęśliwy, że spotkał tę niewiastę oraz, że ona też o nim myślała. A przynajmniej tak podejrzewał skoro nie chciała, aby odchodził.
- Ja chciałam przeprosić za wczoraj za to, że tak uciekłam... - powiedziała cicho łamiącym się głosem białogłowa.
Starała się nie patrzeć mu w oczy. Książęcy syn uśmiechnął się nieznacznie. Dziewczyna wydawała mu się urocza, kiedy tak go przepraszała, przecież to on ją wystraszył.
Położył jej rękę na ramieniu, aby się uspokoiła i spojrzał jej głęboko w oczy. Dziewczyna patrzyła na niego jak zahipnotyzowana.
- To ja powinienem cię przepraszać - dziewczyna usłyszała melodyjny głęboki głos. - To ja cię wczoraj wystraszyłem, za co przepraszam.
Zakończył swoją odpowiedź łagodnym uśmiechem, który dziewczyna odwzajemniła. Poczuła jak wchodzą w nią nowe siły.
- Jestem Stella - przedstawiła się dziewczyna.
- Gwiazda - powiedział Chors. - To imię idealnie do ciebie pasuje.
Stella w odpowiedzi odwróciła od niego wzrok, rumieniąc się delikatnie. Chors spostrzegł to i zaśmiał się cicho. Resztę bezksiężycowej nocy spędzili na miłej rozmowie, w której wiele się o sobie dowiedzieli.
Chors dowiedział się, że Stella kocha kwiaty oraz zwierzęta, a ona wywiedziała się, że on pragnie poznać świat oraz jego tajemnicę. Kiedy powoli zbliżał się świt ich spotkanie musiało dobiec końca. Chors zbliżył się powoli do Stelli. Objął ją w pasie, a dziewczyna nie protestowała.
- Czy mogłabyś zamknąć oczy? - poprosił ją, a ona to uczyniła.
Książę zbliżył się do niej powoli, aż ich usta się zetknęły. Jego usta delikatnie musnęły jej wargi. Pocałował ją, a ona to odwzajemniła. Ich pocałunek trwał chwilę, ale dla nich jakby czas się zatrzymał.
Dziewczyna odsunęła się od niego, spoglądając w jego oczy.
- To do zobaczenia - powiedziała niepewnie się rumieniąc.
- Tak. Do zobaczenia - odrzekł Chors lekko uśmiechnięty.
Oboje poczuli niesamowite uczucie, które zawładnęło ich sercami. Tej nocy kwiat miłości zaczął kwitnąć. Przysięgli sobie spotkać się następnej nocy i tak się stało. Kochankowie bezksiężycowej nocy spędzili noc cudowną.
Stella pokazała Chorsowi piękno lasu jakiego dotąd nie poznał. Książęcemu synowi, który co noc odbywał swoją wędrówkę, nie widział nic równie pięknego jak wodospad wokół którego rosły Wiktorie Królewskie. Roślina, która kwitnie tylko na dwie noce.
I właśnie nasi kochankowie mieli ten zaszczyt zobaczyć jak drobne kwiaty na wodzie rozwijają swoje płatki. Ich kolor zmienił się z białego w delikatny róż. W tej pięknej, romantycznej atmosferze Chors postanowił wyznać Stelli co do niej czuje. Chociaż znał ją tylko kilka dni to wiedział, że prawdziwie ją pokochał.
Młodzieniec uznał to za dobry moment, aby powiedzieć ukochanej dwa magiczne słowa. Podszedł do jeziora, zrywając kwiat. Stella wpatrywała się w nieskazitelna wodę, a on podszedł do niej. Niewiasta odwróciła się i wpatrywała się w cudowne gwieździste oczy ukochanego.
- Stello - zaczął książęcy syn. - Wiem, że poznałem cię kilka dni temu, ale... - wyciągnął przed ciebie różowy kwiat. Ukochana jego wyciągnęła rękę i kiedy ich dłonie się zetknęły powiedział. - Stello, kocham cię.
Dziewczyna wzięła kwiat, spojrzała na niego i wróciła wzrokiem na Chorsa, który wyczekiwał odpowiedzi. Stella poczuła się szczęśliwa, kiedy wypowiedział te dwa magiczne słowa, rozpalając jej serce. Wiedziała co powiedzieć.
-Też cię kocham, Chorsie
Bóg uśmiechnął się uradowany, obejmując ukochaną. Zbliżył się do niej i delikatnie musnął jej wargi, potem pogłębił pocałunek. Swe wyznanie przypieczętowali pocałunkiem szczerej oraz czystej miłości.
Ale nasi zakochani nie wiedzieli, że są obserwowani. Nie zauważyli żółtych oczu, skrytych w zaroślach niedaleko nich. Nie wiedzieli, że osoba, która ich obserwowała zapragnęła zakończyć ten romans, a tą osoba był ojciec Stelli - król wilkołaków.
Kochankowie rozstali się z zamiarem spotkania się kolejnej, a zarazem ostatniej bezksiężycowej nocy. Kiedy Chors odchodził obiecał sobie, że wyjawi ukochanej prawdę o sobie.
Ale nie wiedział, że Stella ma taki sam zamiar - chciała mu powiedzieć, że jej córką króla wilkołaków. Oboje mieli przed sobą sekrety oraz obawiali się reakcji drugiej osoby, kiedy je usłyszy.
Młodzieniec pewien swoich uczuć powiedział o swoich zamiarach bratu. Księżyc myślał, że zostanie ukarany za miłość do śmiertelniczki, ale został mile zaskoczony reakcją brata.
- Co ty myślałeś?! - krzyknął wesoło Perun. - Miałbym się zrugać za to, że się zakochałeś? - powiedział gromowładny śmiejąc się wniebogłosy. - Za kogo ty mnie masz, braciszku? Przecież ja też kiedyś byłem zakochany - powiedział Perun zerkając na swoją żonę Mokoszę, która była znana pod innym imieniem. Ludzie zwali ją Matką Ziemią, ale dla większości była Mokoszą, boginią deszczu i życia. - I nadal jestem - dodał szeptem roześmiany Perun.
Chors poczuł ulgę po usłyszeniu pokrzepiających słów brata. Teraz był pewien, że musi powiedzieć Stelli kim naprawdę jest.
Jeśli naprawdę mnie kocha to zrozumienie, pomyślał młody bóg wyczekując zachodu słońca.

piątek, 28 kwietnia 2017

Monte Cassino Dzień 6/7

Rano dnia szóstego dowiedzieliśmy się o zniszczonej ścianie, więc zaczęły się teorie - kto to zrobił? kiedy? i jak? 
Anglików wykluczono od razu, bo oni nie schodzili nawet ze swojego piętra (każda nacja miał swoje piętro). Podejrzenia padły na Polaków i Niemców. U nas wszyscy mieli alibi - rozmowy na facebook'u, sms'y... 
A Niemcy mało wiarygodne zeznanie jednej osoby, która usłyszała w nocy hałas i jak ktoś coś mówi po polsku. Wszyscy Polacy nawet nasi opiekunowie wiedzieli, że my tego nie zrobiliśmy tylko któryś z Niemców. Mieliśmy nawet swoje podejrzenia, jednak nikt nikogo na rękę nie złapał. 

Najpierw mieliśmy zapłacić za remont, ale na szczęście skończyło się na liście przeprosinowym, którzy mieli podpisać Polacy i Niemcy. Chociaż ci drudzy sprawiali problemy i nawet zgubili ten list i trzeba było go pisać od początku, wszystko zakończyło się w miarę dobrze. 
Szóstego dnia odbyła się ceremonia podsumowująca pobyt w Monte Cassino. Na placu obok ratusza odbył się występ. Wszystkie nacje prezentowały wiersze, piosenki, grali na instrumentach i odbyło się nawet krótkie przedstawienie. 
Potem spakowaliśmy się i ruszyliśmy do Rzymu - bez mojej piżamy.
Z tą piżamą jest trochę zabawnie, ponieważ dwa dni wcześniej wróciłam do hotelu i patrzę piżamy nie ma. Przetrząsam cały pokój - koleżanki mi nawet w tym pomogły - i jej nie znalazłam. Poszłam, więc do opiekunek zgłosić to. Nad ranem zostało to zgłoszone w recepcji - wyszła teoria, że sprzątaczki mogły ją ( tą piżamę ) zgarnąć razem z pościelą. 
Jednak ja w to nie wierzę. Dlaczego? Bo przewiązałam piżamę wokół ogona pluszowego kota, tak na wszelki wypadek, aby piżama nie zniknęła. A tu się okazuje, że kot został, a piżama zniknęła. Nie odzyskałam jej. Prawdopodobnie przywłaszczyła ją sobie jedna ze sprzątaczek, ale to tylko moje domysły. 
Opiekunka wycieczki natomiast powiedziała, że zamiast wrzucać monetę do fontanny w Rzymie, zostawiłam piżamę w hotelu. Dość zabawne. 
Jednak wracając po zameldowaniu się w hotelu w Rzymie, mieliśmy czas wolny. Polska i niemiecka grupa wybrała się na zwiedzanie miasta. Transportem publicznym dojechaliśmy do Watykanu i go zwiedziliśmy. Potem wędrowaliśmy włoskimi uliczkami - normalnie się w nich zakochałam! Cudowne, a w szczególności nocą, jak zapalają latarnie, wręcz bajecznie. 
Ale bez drobnych przygód też się nie obyło. A chodzi o to, że polska grupa zgubiła się w Rzymie. Na szczęście mieliśmy w grupie kolegę, który miał w telefonie GPS-a i okazało się, że zawędrowaliśmy, aż pod Forum Romanum, które mieliśmy zwiedzać następnego dnia. 
Wszystko dobrze się skończyło i wróciliśmy do hotelu. 
Siódmego dnia zwiedzaliśmy wspomniane wcześniej Forum Romanum, a po południu mieliśmy samolot do Berlina.








Nasza nocna wędrówka po Rzymie zakończyła się tutaj.

Zapomniałam napisać, że przed samym wyjazdem do Rzymu zwiedzaliśmy też nawiedzone miasteczko - ruiny San Pietro Infine.
Wtedy też się okazało, że nasza ceremonia pojawiła się w miejscowej gazecie.







Tu zaczyna się zwiedzanie Forum Romanum.













...
...
...
Po zwiedzaniu udaliśmy się na lotnisko. Anglicy polecieli do Londynu koło popołudnia, a my mieliśmy samolot pod wieczór. Jednak zaskoczyła nas burza. I tak z godziny na godzinę dowiadywaliśmy się, że lot jest opóźniony. 
Pojawiły się osoby, które strasznie marudziły - ja też należałam do takich osób, bo już raz spędziłam noc na lotnisku i to nie jest przyjemne. Komiczne jest to, że akurat ubrałam w ten dzień koszulkę z napisem "Jestem jędzą i dobrze mi z tym". Była ona adekwatna do mojego nastroju. Zdenerwowałam niektóre osoby, jednak zostało mi to wybaczone. 
Ale wracając około północy poinformowano nas, że samolot jednak nie wyleci. Dostaliśmy z powrotem swoje bagaże (przemoknięte, bo nikt z obsługi nie wpadł na to, aby schować je pod dach). Zostaliśmy też wywiezieni do hotelu pięcio-gwiazdkowego, który miał być rekompensatą za nasz stres.  Hotel był fajny, dostaliśmy dobre śniadanie i zakwaterowanie. 
Następnego dnia mieliśmy wylot o jedenastej. 
Godzinę wcześniej zjawiliśmy się na lotnisku. Wsiedliśmy do autobusu, który miał wystawić nas obok samolotu. Jednak spędziliśmy w tym autobusie godzinę, może więcej. Wtedy dowiedzieliśmy się, że coś stało się z silnikiem podczas burzy - został zalany, więc wróciliśmy na lotnisko. 
Dostaliśmy kartki na jedzenie oraz picie i czekaliśmy na odlot. 
I była powtórka z dnia poprzedniego. Z godziny na godzinę przekładano lot. W pewnym momencie niektóre osoby bały się wsiąść do tego samolotu, bo kto by się nie obawiał jeśli co godzinę podają, że jest jakaś usterka? 
Około siedemnastej dowiedzieliśmy się, że leci do nas samolot, aż z Hamburga. Potem było spokojnie. Znaleźliśmy sobie dobrą miejscówkę i tam czekaliśmy na otwarcie bramek. 
Rzecz jasna nasi koledzy i koleżanki ze szkoły byli informowani na bieżąco. 
I w tym czasie wolnym sprawdziliśmy jak duże możemy dostać odszkodowanie. 
W rozrachunku zwrócił nam się koszt wyjazdu - a do tanich on nie należał, więc można śmiało powiedzieć, że pojechaliśmy  do Monte Cassino za darmo i do tego spędziliśmy w Rzymie dodatkowy dzień jako jedyna wycieczka od początku trwania projektu w mojej szkole. 

Wyjazd jak wszyscy uważają, był udany i zabawny, mimo spędzenia całego dnia na lotnisku i nieciekawej sprawy z dziurą w ścianie.   



środa, 26 kwietnia 2017

Gorycz Porażki

Ta chwila kiedy widzisz na mailu wiadomość dotyczącą konkursu. To podekscytowanie.
Z niecierpliwością czekałam na ogłoszenie wyników konkursu fotograficznego i denerwowałam się, ponieważ pojawiły się dzień później niż to było zapowiedziane.
Przeglądałam listę laureatów i pewnie jak większość domyśliła się po tytule przegrałam.
Najgorsze jest przełknięcie tej gorzkiej porażki, a w szczególności, jeśli człowiek zdążył się nakręcić na wygraną...
Aż tu się człowiek zastanawia, czy inni byli od niego po prostu lepsi, czy jego praca była okropna...
Jednak oglądałam listę laureatów i dziwne jest to, że większość jest z liceów plastycznych bądź jakiś kółek fotograficznych.
I tu nasuwa się pytanie czy konkurs nie był ustawiony?
Poniżej są zdjęcia konkursowe i co o nich myślicie?
Wiara, nadzieja, miłość

Chodź pomaluj mój świat...

Szczęście

Wolność


Kiedyś brałam udział w konkursie na płaskorzeźbę z drewna. Prace miały być w stanie surowym - nie pomalowane, czy nie polakierowane.
Pewni swojej wygranej - byliśmy jedyną grupą rzeźbiarska w gminie i okolicach -  pojechaliśmy na ogłoszenie wyników...
Jednak potraktowano mas po macoszemu.
Muzeum, które organizowało konkurs miało wywiesić wszystkie prace, a nasze nie były nawet odfoliowane.
A zwycięskie pracę były pomalowane / polakierowane, więc powinny zostać zdyskwalifikowane. To jest dopiero komiczne.
I to jeszcze nie koniec, bo kiedy zdecydowaliśmy się odebrać nasze prace, okazało się, że jednej brakuje.
Jednak znalazła się. Organizatorka powiedziała, że przez przypadek zaginiona praca trafiła do innego pudła...
Uznaliśmy, że to nie jest przypadkiem, jednak nikt nie miał siły się awanturować.



Jakoś nie mam szczęścia do konkursów. Nie wiem, czy mogę tak mówić, ale mam wrażenie, że każdy  konkurs jest w jakimś stopniu ustawiony.

Monte Cassino - Dzień 4/5

Czwartego dnia rano odwiedziliśmy jeszcze włoski cmentarz, a potem zwiedzaliśmy Pompeje i wieczorem pojechaliśmy na plaże. 
Piąty dzień spędziliśmy w włoskiej szkole, gdzie przedstawialiśmy prezentacje na temat naszych krajów ( Polacy- Polskie, Niemcy -..).
Ciekawi was pewnie czemu tak krótko?
A jest tak dlatego, że mam na bakier z technologią i przez przypadek skasowałam post dotyczący tych dni. 
I jeszcze od kilku dni mam słaby internet, więc cieszę się, że chociaż tyle udało mi się zrobić.  


















sobota, 22 kwietnia 2017

Monte Cassino - Dzień 2 / 3

Dwa kolejne dni są razem, bo w ciągu dwóch dni zwiedziliśmy tylko dwa cmentarze, urząd  i klasztor - a naprawdę mam lenia i nie chce mi się robić osobnego posta.
Dnia drugiego nad ranem wybraliśmy się do ratusza... Po tak długim czasie nie bardzo pamiętam o czym tam gadaliśmy. Dlatego przejdę do niemieckiego cmentarza. Znajduje się on na wzgórzu, gdzie wjechaliśmy komunikacją miejską. A na cmentarzu niemieckim uczciliśmy pamieć żołnierzy. Odbyło się krótkie zaprezentowanie żołnierzy, a potem poprawialiśmy napisy na nagrobkach.
Na szczęście, ja byłam fotografem, więc wiele się nie napracowałam. Potem odbyła się gra, która polegała na znalezieniu drogi do lodziarni i przeprowadzeniu wywiadu z mieszkańcami. Większość ludzi jaką spotkaliśmy albo nas omijała albo nie rozumiała po angielsku.
Przypomnieliśmy sobie o przewodniczce z muzeum, jednak kiedy tam dotarliśmy okazało się, że jej nie ma. Ale akurat dopisało nam szczęście, że jeden z pracowników mówił po polsku!
Mile mnie to zaskoczyło.
A wywiad i tak okazał się klapą...
Dnia trzeciego udaliśmy się na polski cmentarz.
Zanim zaczęło się przedstawienie polskich żołnierzy, musiałam sprawdzić pewną rzecz. Czy teorie rodzinne są trafne? I jest duże prawdopodobieństwo, że tak. A chodzi o to, że udało mi się odnaleźć dwa groby osób o takich samych nazwiskach jak moje. Jedyne co muszę w końcu sprawdzić ich miejsce urodzenia. Jak jedno z nich okaże się zgodne to zagadka zaginionego członka rodziny zostanie rozwiązana. Ale najpierw muszę to sprawdzić...
Po moich poszukiwaniach, odbyło się prezentowanie polskich żołnierzy w tym Władysława Andersa. Odśpiewaliśmy też "Czerwone Maki". Potem wybraliśmy się zobaczyć obelisk górujący nad cmentarzem. A na koniec zwiedziliśmy klasztor oraz poznaliśmy jego historię. 
Ratusz

Widok z niemieckiego cmentarza

Niemiecki cmentarz


Droga na cmentarz polski 



Obelisk

Widok z obelisku





Wejście do klasztoru