Translate

czwartek, 30 marca 2017

Snowcastle - Moja książka

Jestem tak szczęśliwa, że nie wiem jak mam to opisać! 
Ale przejdę do sedna. Od kilku lat piszę książkę i wreszcie udało mi się ją wydać!
Może nie z wydawnictwem, tylko samodzielnie. Ale można ją kupić przez internet.  
Tak się cieszę, że po prostu musiałam  się pochwalić!

Teraz trochę o książce:

 Snowcastle
"Krystal... Magowie... Bezmocni... Słowiańskie bestie... Staltik...   

            Planeta Staltik, stworzona wg legend tysiąc lat temu, przez najpotężniejszego z Magów zwanego Wielkim. Przytułek czarnoksiężników, czarownic i bestii z Ziemi. Krystal wychowana w bezpiecznym zamku następczyni tronu staje się świadkiem morderstwa swojego ojca króla Manuela.  Oskarżona o ojcobójstwo, porzuca zamek w stolicy White Eagle  i wraz z Joshem udaje się na Ziemię, gdzie udając zwykłą nastolatkę żyje i trenuje, aby odzyskać dobre imię i oczyścić się z zarzutów. Jej sprzymierzeńcem jest Gwardia Królewska, stowarzyszenie od lat służące i pomagające władcom Ethernal Rose.  
            Czy uda rozwiązać się zagadkę ? Czy Krystal pozna tożsamość prawdziwego mordercy swojego ojca. Kto jest sprzymierzeńcem, a kto wrogiem?  Kim jest Josh? Odpowiedzi na te i inne pytania poznasz zagłębiając się w fascynujący świat zwany Ethernal Rose, w którym magia i rzeczywistość przeplatają się ze sobą decydując o losach bohaterów... "


Jeśli jesteś ciekawy to kliknij na okładkę!
                    





Sztuka Biurowa


Co się dzieje jak nudzi mi się na lekcji? 
Właśnie to.
Powstaje sztuka biurowa!
Maska wenecka


wtorek, 28 marca 2017

Zachód Słońca

Grunt to mieć w pogotowiu aparat.

Aleja Dragon Ball'a

W pewnym momencie miałam straszną fazę na Dragon Ball'a. Obejrzałam wszystkie sezony w kilka dni i przeczytałam dostępne na internecie mangi.
Ta seria była inspiracją dla wielu rysunków, a o to i one!


Goku

Super Sayanin

Korin

niedziela, 26 marca 2017

Zapomniana Wytrwałość - Rozdział IV


Spis Treści
Rozdział IV (obecnie czytany)
Rozdział V
Rozdział VI


Rozdział IV  - Strach 

 ( nie jestem pewna, czy to dzień, czy noc – tutaj oba wyglądają tak samo) 17 18 17/18 sierpnia 1994r. 
Jak powiedział kiedyś pewien inteligentny polski poeta: 
"Głupota nie zwalnia od myślenia" - Stanisław Jerzy Lec 
Ten cytat idealnie pasuje do naszego zakładu. A mianowicie głupim, wręcz idiotycznym pomysłem było wejście na tą cholerną górę Ebott. Lecz na początku tego jeszcze nie widziałam.  
Dzień zaczął się zwyczajnie. Poranna pobudka z Luną. Śniadanie...  
Jakoś nie potrafię się skupić na pisaniu. Tyle się wydarzyło, a ja nie potrafię sobie z tym poradzić... Nie mogę nikomu powiedzieć... Czemu? Bo jestem idiotką! Wlazłam na tą CHOLERNĄ górę! Straciłam wszystko....  
Dobra... Muszę się uspokoić... Wszystko zapisać... Udowodnić sobie, że to nie jest sen, czy  początek choroby psychicznej...  
Dzień minął spokojnie. Rano zajęłam się wreszcie tymi pluszakami. Kiedy Luna zobaczyła swoje naprawione zabawki ( które koło dwóch tygodni kurzyły się na szafce ) cała w skowronkach skakała wokoło mnie.  
Była taka szczęśliwa jak je zobaczyła. Koło drugiej miałam iść na trening z Peterem, ale nie poszliśmy.  
Nikt z dorosłych nie pozwoliłby nam iść w góry. Musieliśmy zastosować podstęp, aby urzeczywistnić nasz zakład.  
Wyjęłam z dna szafy stary czarny plecak górski. Spakowałam do niego najpotrzebniejsze rzeczy. Kilka butelek wody wcześniej podwędzonych z kuchni oraz suchy prowiant – herbatniki, precle oraz czekoladę. O cukrzycę z nami łatwo. Ale uzgodniłam z przyjaciółmi, że ja zajmuję się słodyczami, a oni resztą.
Do plecaka spakowałam jeszcze książkę o astronomii. Mieliśmy w planach zostać tam kilka godzin, więc żeby się nie nudzić postanowiłam wziąć książkę. Lubię nocne niebo, jest ono moją pasją. Czarne dziury i ich tajemnice. Liczne teorie o tunelach czasoprzestrzennych... Mogłabym opisywać te teorie w nieskończoność.  Ale nie o tym teraz mowa.
Schowałam jeszcze telefon, scyzoryk do bocznej kieszeni, pamiętnik oraz aparat ( na szczęście miałam w zapasie dwa filmy, aż z trzydziestoma sześcioma zdjęciami!)  
Kiedy skończyłam się pakować, schowałam plecak do torby treningowej. Przewiesiłam go przez ramię, wychodząc z pokoju. Byłam gotowa i podekscytowana.  
Wyprawa na górę Ebott napawała mnie wtedy podnieceniem, które stłumiło obawy. Jak teraz widzę nie takie bezpodstawne.  
Szybko pożegnałam się z rodzicami. Nie podejrzewali niczego. Myśleli, że idę na trening i po dwóch godzinach wrócę... 
Zatrzymałam się przed domem Petera. Właśnie wychodził z budynku, kłócąc się ze swoim starszym bratem. Rutyna. Przekrzykiwali się. Ciekawiło mnie o co im znowu poszło. Ale z Petera nie wyciągnie się nic, jeśli on tego nie chce. Ale nie miał szansy mi tego powiedzieć.  
Ale wracajmy do historii.  
Trudno mi się skupić... Naprawdę jestem zmęczona, ale muszę.  
Po drodze zgarnęliśmy Jennifer,  która powiedział rodzicom, że idzie do mnie,  ponieważ się rozchorowałam. Uwierzyli. Na szczęście nie dzwonili do moich rodziców, aby to potwierdzić. Ale to nie był koniec naszego postępu.  
Mianowicie polegało to na tym, że ja powiedziałam rodzicom, że po treningu idę do Petera, a Peter powiedział bratu, że będzie u mnie.  
Jak byliśmy w parku zamiast do Domu Kultury udaliśmy się do starej bramy, którędy można dojść ścieżką przez las na szczyt góry Ebott 
Jak zmierzaliśmy do bramy,  zadzwoniliśmy do nauczyciela karate i powiedzieliśmy, że ja dostałam gorączki, a Peter miał rodzinny wyjazd. Wszyscy nam uwierzyli. 
Może lepiej będzie jakoś razu przejdę do najważniejszego.  
Znajdowaliśmy się blisko szczytu. Przez gęste korony drzew widziałam już słabo malujący się wierzchołek góry na błękitnym niebie. Kilka minut wcześniej zrobiliśmy sobie przerwę. Jennifer nie była przyzwyczajona to takiego wysiłku, więc co jakiś czas robiliśmy sobie odpoczynek. Zdążyliśmy już zjeść część przekąsek. Zostały nam jeszcze kanapki zrobione przez Petera.  
Jeny właśnie opierała się o drzewo, łapiąc oddech. Podniosła na chwilę rękę jakby chciała coś powiedzieć, ale odpuściła.  
- Na serio masz aż tak słabą kondycję? - zapytał ją chłopak. Naprawdę było mi żal dziewczyny. Ale byliśmy tak blisko celu naszej podróży. Chciałam jak najszybciej zobaczyć miasteczko Buttmon z góry Ebott. Myślałam, że będzie wyglądać wspaniale. To był mój główny powód, aby wejść szczyt. Peter robił to dla zakładu, a Jeny... Przede wszystkim nas wspierała w tym zakładzie. 
- Chodźcie jesteśmy już blisko - powiedziałam. - Obiecuję, że jak będziemy na szczycie to zrobimy sobie godzinny odpoczynek.   
Jennifer zebrała resztki sił, ruszając ścieżką. Mogłabym się rozpisywać nad pięknem lasu, ale jakoś nie potrafię się na tym skupić. Jeszcze boli mnie głowa, chociaż minęło tyle czasu... Nawet nie jestem pewna ile...  
Jakiś czas później znaleźliśmy grotę. Prawie nie była widoczna ze ścieżki przez gęste krzaki. Zaciekawieni ( a raczej ja i Peter ) postanowiliśmy ją sprawdzić. Krzewy prawie zarosły wejście. Wyglądało jakby nikt przez dłuższy czas tędy nie chodził.  Odgarnęliśmy gałęzie, kilka odcinając moim scyzorykiem. Od razu jak weszliśmy do środka i nie widzieliśmy nawet czubka własnego nosa. 
- Ma ktoś latarkę? - zapytałam, a po chwili nastąpiła jasność.    
- Może i nie mam kondycji, ale potrafię przewidywać - odrzekła Jennifer, wychodząc na przód. 
Światło latarki oświetlało skalny korytarz. Z sufitu zwisały korzenie drzew, ale nie były na tyle długie, aby ograniczyć nam widoczność. Im głębiej schodziliśmy to zaczęły pojawiać się stalaktyty zwisające z góry. Majestatyczne stalagnaty pijące się w stronę sufitu, próbując połączyć się z stalaktytami, tworząc stalagmity, potężne kolumny skalne.  Co jakiś czas słyszeliśmy echo kapania kropel wody. Po dłuższym czasie ( nie jestem pewna ile minęło od naszego wejścia, żadne z nas nie wpadło na to, aby sprawdzić godzinę ) zobaczyliśmy na końcu korytarza światło. Słabe, ale jednak światło. Zatrzymaliśmy się. Nie byliśmy pewni, czy to wyjście z jaskini, czy może ktoś tutaj jest. Nagle ktoś chwycił mnie od tyłu i zakrył mi usta dłonią, a jedną rękę skrępował za plecami. Przeraziłam się.  
- Zabije cię - szepnął mi do ucha. 
 Adrenalina uderzyła mi do głowy. Jedyne co mi przyszło na myśl to ten potwór z legend. Ten, który pojawił się w wiosce z ciałem dziewczynki. Nie analizowałam niczego. Po prostu działałam. Z całej siły uderzyłam napastnika w stopę. Zdziwiony puścił moją rękę, a ja chwyciłam go za dłoń, którą zakrył mi usta. Szybko ustabilizowałam swoją postawę, schylając się. Nie trwało to nawet minuty, kiedy przerzuciłam go przez plecy, a napastnik wylądował z hukiem na ziemi.  
Przeciwnik leżał przede mną oświetlany słabym światłem latarki.  
- Skretyniały pustak - syknęłam przez zęby na Petera, który zwijał się na ziemi ze śmiechu.  
- Nie mów, że serio wierzysz w potwory! - śmiał się chłopak.  
Jeny poświeciła  na nas latarką. W lichym blasku latarki, zauważyłam jak dziewczyna przewraca oczami. Peter potrafił być czasami bardzo denerwujący. W tamtym momencie naprawdę myślałam, że złapał mnie jakiś demon. Ale w życiu bym mu się do tego nie przyznała.  
- W twoich snach - rzekłam oschle, kopiąc kupkę piasku, która pobrudziła jego koszulkę.  
Chłopak wstał, otrzepując ubrania. Chciał coś powiedzieć, ale uderzyłam go otwartą dłonią w głowę.  
Nie udało mu się uchylić przed ciosem, więc ocierał obolałe miejsce.  
- A to za co? - zapytał.  
- Sprawdzam, czy coś tam masz - skomentowałam, idąc dalej. 
Chłopak mamrotał coś pod nosem, ale wolałam udawać, że tego nie słyszę. Maszerowałam razem z Jeny, a za nami wlókł się Peter, mówiąc, że mogłam potraktować  go odrobinę łagodniej. Ale sam się prosił, zachodząc mnie od tyłu. Nie powinien, więc teraz narzekać, że go coś boli.  
Im bliżej byliśmy światła to korytarz zaczął się powiększać. Znaleźliśmy się w monstrualnej kolosalnej komnacie. Zadarłam głowę do góry. Nad nami nie było sufitu, tak jak się spodziewaliśmy. Góra Ebott to raczej nie była góra... Przypominało raczej wulkan. Albo coś w tym stylu. Ale nigdy nie słyszałam, aby w okolicy był jakikolwiek wulkan. Nie umiałam logicznie wyjaśnić, czemu nasza góra nie posiada szczytu. 
Przez otwór wpadało ogrom światła, więc Jeny wyłączyła latarkę.  
- To jest... - zamilkła jakby szukając słowa. Jednak po chwili dodała. - Niesamowite.  
Wszyscy zaczęliśmy się rozglądać. Wcześniej nie zauważyliśmy wielkiej szczeliny w podłodze i Jeny podeszła do niej za blisko. Zachwiała się nad krawędzią, ale na szczęście byłam na tyle blisko, że udało mi się ją chwycić za rękę. Dziewczyna odzyskała równowagę.  
- Nic ci nie jest? - zapytałam spanikowana.  
Wtedy nie potrafiłam wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby moja przyjaciółka tam wpadła. Jeny cała się trzęsła. Naprawdę mocno się przeraziła. Nie dziwę jej się. Peter objął Jennifer, która nadal drżała.  
Wzięłam jej latarkę, która wypadła jej z ręki. Włączyłam ją, świecąc w dziurę. Niestety niczego nie widziałam, mieliśmy za słabe źródło światła.  
- Myślicie, że oni tam są? - zapytałam ich, próbując dostrzec coś w ciemności. Ale jak pisałam wcześniej nic nie zauważyłam. Odwróciłam się do moich przyjaciół, oczekując odpowiedzi.  
Jeny trochę się już uspokoiła, więc odsunęła się od Petera. 
- Może powinniśmy już wrócić? - powiedziała słabo moja przyjaciółka. - Jak teraz wrócimy nikt się nie zorientuje co zrobiliśmy. 
- Myślę, że Jeny ma rację. To niebezpieczne - odrzekł Peter.  
Byłam wtedy zła na moich przyjaciół. Rozumiałam sytuację sprzed chwili, ale nic nikomu się nie stało. Uważałam, że możemy dalej kontynuować naszą wędrówkę.  
- Mówisz tak tylko z powodu zakładu - odrzekłam oschle. Nie chciałam przegrać. To pewnie przez urażoną dumę albo moją arogancję... Lubiłam mieć we WSZYSTKIM rację, nawet jeśli byłby to błahe rzeczy. Taka już byłam. Jak w grę wchodziła moja ambicja to często zapominałam o konsekwencjach. Gdybym wtedy trzymała język za zębami i wróciła do domu... Nie było by mnie tutaj. Nie bałabym się.  - Nie chcesz przegrać. 
- Przestań! Jak możesz tak myśleć! To jest niebezpieczne! - krzyknął na mnie wzburzony chłopak.  
Ta... musze przyznać, że chociaż ja i Peter byliśmy dla siebie jak rodzeństwo to często się kłóciliśmy. Chodziło o rywalizację między nami. Zazwyczaj na tle naszych umiejętności karate, ale przechodziło to na inne rzeczy ( nauka, hobby oraz zakłady. ) 
To była chwila... W mgnieniu oka straciłam wszystko... Przez swoją głupotę... arogancję... dumę... 
Poczułam jak tracę pod sobą grunt. Dosłownie. Wyciągnęłam ręce przed siebie z nadzieją, że uda mi się złapać krawędzi. Przed moimi oczami ukazały się sylwetki moich przyjaciół. Jeny... jej twarz zastygnięta w przerażeniu... Peter, który rzucił się, aby mnie złapać. W ostatnim momencie udało mi się chwycić wystającego korzenia. Czułam jak grawitacja ciągnie mnie w dół, a gałąź wyślizguje się z moich rąk. W moich żyłach płynęła adrenalina. Po moim ciele przeszedł dreszcz przerażenia. Jedyne co potrafiłam z siebie wydusić to tylko jedno słowo. 
- Ratuj - powiedziałam płaczliwym głosem patrząc Petera. Chłopak wysunął rękę w moją stronę.
- Chwyć się mnie! - krzyknął. 
 Jedną ręką puściłam pnącze. Próbowałam pochwycić jego dłoń, ale była za daleko. Peter jeszcze bardziej się wychylił. Usiłowałam się jeszcze raz podciągnąć na korzeniu. Myślałam, że wytrzyma... Ale się przeliczyłam... Nasze ręce wyminęły się dosłownie o milimetry. Spadałam w ciemność.  
- NIEEE! - ostatni raz usłyszałam głos Petera.  
W trakcie spadania otarłam się o kilka gałęzi. Instynktownie zaczęłam krzyczeć. Nie wiem czemu to miało służyć. Moje ciało z wielkim impetem przerwało pnącza, obracając mnie. Potem nie wiele pamiętam. Twarde spotkanie z ziemią.
Chyba uderzyłam prawym barkiem o podłoże, ponieważ czułam tam ogromny ból. Ale gorszy odczuwałam w nodze. Spróbowałam się podnieść, ale nie pozwoliły mi na to żebra. Miałam problem z złapaniem oddechu. Obróciłam się na plecy. Widziałam słabe światło w oddali. Ostrożnie i powoli się podniosłam. Rozejrzałam się po pomieszczeniu. Leżałam na jakiś łożu z żółtych kwiatów. Ale pulsujący ból głowy nie pozwalał mi się skupić. Po chwili usłyszałam ciche kroki, które zbliżały się do mnie. Spodziewałam się człowieka, który mi pomoże, ale to co ujrzałam wprawiło mnie w osłupienie. 
Niewielki szkielet ubrany w pomarańczową bluzę w paski, ciemne spodnie oraz czerwony szalik. Jego czaszka była dziwna... Bardziej podłużna niż nasza. No i jak on mógł się poruszać. Nagle obrócił się w moją stronę.  
- HEJ, NIC CI NIE JEST? - powiedział podchodząc do mnie.  
Nie wiedziałam, czym on jest. Może to potwór, halucynacje... Nie obchodziło mnie to. Szybko wyciągnęłam nóż z torby. Ręce okropnie mi się trzęsły, a kościotrup na chwilę przystaną.
- TATO!
 Potem do sali wbiegli kolejni szkieleci wbiegły dwa potwory, podobne do tego mniejszego.  
 … 
Wbiegliśmy z ojcem do Kwiatowej Komnaty. Byliśmy pełni obaw. Nie wiedzieliśmy wtedy kim jest ten człowiek. Jeśli były taki jak ODWAGA, czekałyby nas spore problemy.  
Na środku pokoju znajdowało się kwiatowe łoże, na którym siedziała przerażona dziewczyna. Niedaleko niej stał Papyrus. Na szczęście w bezpiecznej odległości.  
Upadła dziewczyna patrzyła na mojego brata, uważnie go obserwując. Kiedy tylko wbiegliśmy do sali, zwróciła się w naszą stronę.  
Nastolatka leżała na ziemi, a oświetlał ją snop światła padający z dziury w kamiennym suficie. Była umorusana ziemią. W niektórych miejscach jej garderoba była podarta oraz zabarwiona krwią. We włosy wplątało jej się kilka gałązek oraz jaskrów. Jej twarz zdobyły liczne otarcia oraz zadrapania. Ale moją uwagę przykuł scyzoryk w jej trzęsących się rękach.  
- TO MÓJ TATA I STARSZY BRAT - powiedział Paps, zbliżając się do dziewczyny. 
 Ona natomiast zareagowała nieco gwałtowniej. Prędko wyciągnęła przed siebie nóż, kierując go w stronę Papyrusa. 
- N-nie p-podchdź! - krzyknęła przerażona, podnosząc nóż.  
 Mój brat od razu się zatrzymał. Nie wydawał się jej bać. On chciał jej pomóc, ale ja byłem innego zdania.
Uważałem, że ludzie to nienawistne monstra, bezlitośnie krzywdzące potwory. Nawet widok bezbronnej, rannej dziewczyny nie zmienił wtedy mojego zdania.  
- TATA CI POMOŻE - powiedział łagodnie Papyrus, uśmiechając się do dziewczyny. 
Zdawała się walczyć z samą sobą. Nie wiedziała co możemy jej zrobić, czy może nam ufać. 
Wówczas stało się coś czego w życiu bym się nie spodziewał. Mój ojciec zrobił kilka kroków w stronę dziewczyny. Ukląkł niedaleko niej w bezpiecznej odległości. Nastolatka momentalnie skierowała scyzoryk w stronę ojca. Jeśli wcześniej nie była przerażona, to wtedy mogła wpaść w panikę.  
Szybko podbiegłem do Papsa, zasłaniając go sobą. Nie byłem pewien co dokładnie kombinuje mój ojciec, ale musiałem za wszelka cenę chronić Papyrusa. Młody nie rozumiał dlaczego stanąłem przed nim. On nie widział w upadłej zagrożenia. Eh... Część młodych potworów, a w szczególności w wieku Papyrysa była za mała, aby pamiętać ODWAGĘ. Młodsze bestie w pełni nie pojmowały zagrożenia jakie stanową dla nas ludzie.  
- Nie bój się - powiedział łagodnie tata. Z każdym wypowiedzianym przez niego słowem, nie wierzyłem temu co on próbuje zrobić. -  Nie zrobię ci krzywdy. Pomogę ci, ale... - Nie potrafiłem pojąć, dlaczego ojciec to robi. To przecież on najbardziej ucierpiał przez ludzi. Jak on może chcieć jej pomóc, pomyślałem. Tata wysunął rękę w stronę dziewczyny. - Najpierw oddaj mi ten nóż.  
Naprawdę, w tamtej chwili nie wierzyłem w to co widzę.  
Nie rozumiałem motywów jakimi kierował się mój ojciec.  
Dziewczyna spojrzała na niego. Zauważyłem, że po jej policzkach lecą łzy oraz, że nie tylko jej ręce się trzęsą, ale ona cała. Jej ramiona unosiły się szybko w górę i w dół. Była niespokojna. Kątem oka zerknęła na mnie i mojego brata, potem wróciła wzrokiem na ojca.  
- Obiecuje pan? - zapytała błagalnie przez łzy.  
- Obiecuje - powiedział ojciec. - Pomogę ci. 
Nastolatka jeszcze raz spojrzała na nóż oraz na ojca. A on czekał cierpliwie na jej decyzję. Nie pośpieszał jej. Nie dokładał jej większego stresu.  
Dziewczyna rozluźniła uchwyt i obróciła scyzoryk rękojeścią w stronę ojca. Ten podszedł do niej spokojnie, biorąc go od niej.  
W tej chwili większość potworów zabiłaby bezlitośnie Katharinę, wykorzystując jej chwilę słabości. Ale tata tak nie postąpił. Schował do kieszeni płaszcza broń dziewczyny. Ukląkł obok niej na trawie.  
- To moi synowie - powiedział, spoglądając na nas. - Nie zrobią ci krzywdy.  
Miałem ochotę powiedzieć ojcu, aby mówił tylko za siebie. Uważałem, że trzeba było wykorzystać tą okazję do zabicia dziewczyny i oddania jej duszy królowi. Ale powstrzymałem się od tego ze względu na Papsa. Nie chciałem, aby młody uznał mnie za bezduszną istotę.  
W tym samym czasie Papyrus wyszedł za moich pleców podbiegając do dziewczyny. Usiadł obok niej, szeroko się uśmiechając.  
- WIEDZIAŁEM, ŻE TATA CI POMOŻE - odrzekł mój brat, patrząc na Kath 
Ja byłem do niej bardziej sceptycznie nastawiony. Podszedłem do nich, ale nie usiadłem na ziemi. Wolałem mieć nad nią jakąś przewagę w razie konieczności. Ale ta nigdy nie nastąpiła.  
Ojciec pomógł zdjąć dziewczynie torbę z pleców. Odłożył ją na bok, ale nadal w zasięgu wzroku nastolatki. Wydawała się wtedy trochę mniej wystraszona, ale nadal bacznie obserwowała ruchy ojca. W szczególności kiedy zamierzał użyć swojej magii, aby uleczyć zadrapania na przedramieniu nastolatki.
Fioletowa poświata otoczyła dłonie mojego taty, a jego oczodół zapłonął fioletowym płomieniem. Dziewczyna natychmiast wyrwała swoją rękę z uścisku taty. Ale natychmiast tego pożałowała, ponieważ skuliła się, chwytając za bolące ramię. Z grymasem bólu spojrzała na ojca. Nie musiała nic mówić, bo ojciec uprzedził jej pytanie.  
- To magia lecząca. Za jej pomocą uzdrowię twoje rany - rzekł spokojnie ojciec. - Chyba, że wolisz, abym zostawił twoją rękę i nogę w tym stanie? - dodał wyczekująco. 
 Na mnie wypróbowywał tą samą metodę. Przecież każdy, mając pod ręką magię uzdrawiającą, by z niej skorzystał, niż pozwolić, aby rany goiły się wolno i pozwalając wdać się zakażeniu.  
Ale uwaga ojca na temat stanu dziewczyny, spowodowała, że się jej bliżej przyjrzałem. Na jej prawym przedramieniu widniał ogromny siniak, świadczący o złamanej kości.
Następnie spojrzałem na jej nogę. Miała na sobie długie lniane spodnie. Na prawej nogawce widniała wielka brązowa plama. Przy upadku musiała złamać sobie nogę, a kość pewnie rozcięła mięśnie oraz skórę.  
- TO W OGÓLE NIE BOLI - rzekł mój brat nie przestając się uśmiechać. - JEŚLI SIĘ BOISZ MOŻESZ POTRZYMAĆ MNIE ZA RĘKĘ. - Wyciągnął dłoń w stronę dziewczyny. 
 Ta spojrzała na niego. Na początku zdziwiona, ale po chwili delikatnie się uśmiechnęła. Skorzystała z oferty Papyrusa, podając mu zdrową rękę. Ojciec spojrzał na nich.
Zadawało mi się, że przez chwilę się na jego twarzy zagościł łagodny uśmiech. No, ale czemu tu się dziwić. Paps ze swoją dobrocią bywał rozczulający.   
Kiedy ojciec leczył jej ramię, ona nie odrywała od niego wzroku. Bardziej z ciekawości niż z strachu.
Dla człowieka, który nie widział nigdy magii to musi być intrygujący widok. Magia otoczyła ramię dziewczyny, uśmierzając przy tym ból. Siniak powoli znikał, a wkrótce nie było po nim już śladu.
Kiedy tata puścił jej rękę, ona przyglądała jej się chwilę w milczeniu. Zdawała się nie do końca wierzyć, temu co widziała. W tym czasie ojciec zaczął oglądać jej nogę.  
- JAK SIĘ NAZYWASZ? - zapytał beztrosko mój brat. - BO JA JESTEM PAPYRUS - wskazał na siebie, a potem na mnie. - A TO JEST MÓJ STARSZY BRAT SANS.  
Spojrzałem na dziewczynę, kiedy młody wypowiedział moje imię. Nasz wzrok skrzyżował się na mniej niż sekundę, ponieważ od razu odwróciłem od niej oczodoły.
Uznałem, że nie muszę znać jej imienia, skoro i tak wkrótce zginie z ręki króla Asgora. Zamiast nimi zainteresowałem się ojcem. Zdążył rozciąć nogawkę spodni. Był zdenerwowany, ponieważ jej noga wyglądała okropnie. Miała złamanie otwarte kości piszczelowej. Z rozległej rany widać było fragment piszczeli. Z obrażenia nadal sączyła się krew, skapując na jaskry. Ojciec wiedział co robić, tylko czekał na odpowiedni moment. Jeśli dziewczyna zaczęłaby się szarpać, mogłaby pogłębić swój uraz. Fioletowa magia otoczyła nogę dziewczyny.  
- Jestem Katharina, ale możesz mi mówić Kath - odrzekła, nie zwracając uwagi na poczynania taty. Westchnąłem ciężko. Przydałaby mu się pomoc, a Paps jak na razie był zajęty rozmową z Kath. Ale to dobrze, przynajmniej dziewczyna nie zwróci uwagi jak nastawimy jej kość. Tak... my... Przecież musiałem pomóc jakoś ojcu. Trzeba było do końca odwrócić uwagę dziewczyny.  
Usiadłem obok nich, trochę z boku.  
- Ta, pewnie czujesz się podłamana na duchu przez ten upadek - może nie był to zbyt ambitny kawał, ale liczyło się to, że straciła zainteresowanie ojcem.  
Spojrzała na mnie, lekko się śmiejąc. Ale po chwili na jej twarz wszedł grymas bólu. Złapała się na pierś. Ojciec też to zauważył. Oboje musieliśmy pomyśleć o tym samym. Miała też uszkodzone żebra. Skoro oddychała i nie kaszlała krwią, pewnie były tylko pęknięte. Paps nie wiedział o co chodzi, więc się trochę zdenerwował.  
Nastolatka spojrzała na młodego i postarała się uśmiechnąć. Jakoś jej to wyszło.  
- Nie boli tak bardzo - powiedziała do Papyrusa, który po jej usłyszeniu natychmiast się uspokoił. 
Kątem oka zerknąłem na ojca. Dalej zajmował się jej złamaniem, ale za chwilę będzie trzeba nastawić jej kość. Wkroczyłem do akcji. Próbowałem jak mogłem zagadać Katharinę moimi sucharami. Przy okazji odwróciłem też uwagę Papsa. Oboje słuchali mnie, a mój brat co jakiś czas narzekał na moje kiepskie żarty.  
- Jakbyś ich nie lubił to byś się teraz nie uśmiechał - odrzekłem do brata, który zdenerwowany próbował udowodnić mi, że moje suchary go nie śmieszą. Dziewczyna przyglądała nam się, co chwila słabo się śmiejąc.  
Wówczas ojciec jednym sprawnym ruchem nastawił jej kość. Katharina gwałtownie się wzdrygnęła, chwytając obiema rękami swoją nogę. Z bólu, aż przygryzła dolną wargę zębami. Wiedziałem jak to boli. Kilka miesięcy temu sam przechodziłem przez to samo. Paps zdezorientowany, chwycił za ramię dziewczyny. Bał, że coś jej się stało. Nagle Kath powoli osunęła się na mnie. Zemdlała.  
- KATH! - krzyknął wystraszony Paps 
- Papyrus, spokojnie. - rzekł ojciec, nie przestając używać swojej magii. - Ona tylko straciła przytomność z bólu.  
Młody lekko przestraszony, przestał ściskać ramię Kathariny. Spojrzał na mnie, szukając potwierdzenia.  
Potwierdziłem słowa ojca, skinieniem czaszki. Wtedy mój brat całkowicie się uspokoił.  
Kiedy rana na nodze dziewczyny całkowicie się zasklepiła, ojciec spojrzał na nas.  
- Musimy wziąć ją do domu i zająć się jej złamaną nogą - oznajmił ojciec.  
Tak... Był poważny. Wtenczas nie potrafiłem uwierzyć, że on naprawdę chcę się nią zająć. Nie mogłem mu się sprzeciwić. Nie chciałem też rozpętywać kolejnej kłótni.  
Paps na tę wiadomość, aż poskoczył z radości. Nigdy wcześniej nie widział człowieka, a teraz będzie z nim mieszkał przez nieokreśloną ilość czasu.  
Nie umiałem pojąć jak ojciec może się tak narażać dla zwykłem dziewczyny. Jeśli ktoś by się dowiedział, że ukrywamy człowieka, pewnie nawet bliskie stosunki z królem by nas nie uratowały.  
Ale musiałem wtedy zaufać ojcu. W milczeniu przyglądałem się jak bierze nieprzytomną Katharinę na ręce, kierując się w stronę wyjścia. Po chwili odwrócił się do mnie.  
- Sans, weź jej torbę - oznajmił ojciec, idąc z Papyrusem. Leniwie wziąłem jej plecak podążając za ojcem i bratem.  
W domu ojciec położył Kath na kanapie w salonie, posyłając Papsa po zestaw pomocy medycznej. Młody szybko go znalazł i przyniósł tacie. Oboje zaczęli opatrywać nastolatkę, ale Papyrus tylko asystował. Natomiast ja stałem, oparty o ścianę zastanawiając się, dlaczego ojciec to wszystko robił oraz czy Katharina stanowi dla nas zagrożenie.  
Musze się przyznać, że już wtedy miałem lekkie wątpliwości, co do  tego jaka ona może być niebezpieczna. Ale nie chciałem wtenczas przyznać, głównie przed sobą, że Katharina była dzieckiem takim jak ja, czy Papyrus i nie stanowiła dla potworów żadnego zagrożenia.  
 
Chyba była noc, ale nie wiem. Tutaj nie potrafię tego określić. Tyle się dzisiaj wydarzyło. Potwory istnieją naprawdę. Magia też. Legendy o górze Ebott to prawda.
Muszę to sobie zapisać, bo jakoś nadal trudno temu wszystkiemu dać wiarę. Ale miałam przecież dowody. Uleczył mnie wysoki szkielet o imieniu Gaster za pomocą fioletowej magii.
O boże... Jak to piszę czuję się jak wariatka... Ale po moim złamaniu nie ma nawet śladu z wyjątkiem gipsu. Po innych urazach też nie ma śladu. Siniaki zniknęły. Żebra mnie nie boją jak oddycham... Cholera...
Nadal nie mogę uwierzyć, że jestem w Podziemiu pełnym potworów...  
Co mogę powiedzieć o Papyruie i Sansie 
Ten pierwszy wydaje się być niezwykle energicznym dzieckiem, pełnym pozytywnej energii.  
Ale Sans wydawał się być w stosunku do mnie ostrożny... i to nawet bardzo.  
Odezwał się do mnie jedynie w tej komnacie z jaskrami, gdzie spadłam...
W domu szkieletów, kiedy się ocknęłam nie odezwał się do mnie ani razu. Tylko stał w oddali bacznie nas obserwując. W jego towarzystwie czułam się pioruńsko niekomfortowo.
Zdawało mi się też, że te jego oczy...? Oczodoły...? Prześwietlały mnie na wylot.... Jakby szukał najmniejszego uchybienia, aby coś mi zrobić...  
Ale pan Gaster obiecał mi przecież, że nic mi się nie stanie.  
To wszystko jest takie dziwne i pogmatwane...  
A do tego jeszcze ich imiona... Są takie niecodzienne...  
Ale może to normalne u potworów?  
Tylko czy imiona tej trójki to czasem nie nazwy czcionek w komputerze?  
Najmłodszy nazywa się Papyrus, drugi syn to Sans, czyli czcionka Comic Sans, a ich ojciec nazywa się Wing Dings Gaster tak samo jak ta pokrętna czcionka co zamiast liter m jakieś symbole.  
Do tego jeszcze dochodzą moi przyjaciele i rodzina...  
Peter i Jeny pewnie myślą, że nie żyję tak samo jak rodzina...  
Muszę wrócić do domu! Nie mogę zostawić mojej siostry! Wrócę do nich! Nie mogę się poddać! Musze pozostać wytrwała! 
Ale teraz... 
Jestem potwornie  strasznie zmęczona. Lepiej będzie jak pójdę za radą pana Gastera i się prześpię. O dziwo, ich kanapa jest niezwykle wygodna albo to ja jestem już tak wyczerpana, że mogłabym równie dobrze spać na drewnianej podłodze.  

A to wszystko się stało przez moją głupotę oraz urażoną dumę...  
Jak to było z dumą Ikara... 
Już pamiętam. 
"Możesz nawet unieść się honorem. Wysoko nie wzlecisz, bo upadniesz z łoskotem." 

Tak... Pasuje idealnie do mojej sytuacji. A takie upadki bywają niezwykle bolesne, o czym zdążyłam się już przekonać.