Translate

wtorek, 28 lutego 2017

Zakopane

Postanowiłam wstawić zdjęcia z mojej wycieczki z rodziną do Zakopanego. Odwiedziliśmy też Słowację i wjechaliśmy na Łomnice. Widok zapierający dech w piersiach. A jazda kolejką mrożąca krew w żyłach.

Zanim sprawdziłam datę dałabym głowę, że było to około rok temu. A naprawdę było w... 2014! 
To pierwszy raz kiedy wstawiam zdjęcia, będzie więcej takich postów, ale pojawią się tylko najlepsze fotografie. 



Mój rysunek Giewontu - spędziłam nad nim kilka godzin.
Giewont









Kolejka na Łomnicę
Kolejka na szczyt Łomnicy

Widok z Łomnicy
Widok z Łomnicy

niedziela, 26 lutego 2017

Nocny Taniec

Klimat strachu nadal się utrzymuje. Teraz zamiast fanficion coś w pełni mojego autorstwa. Interesuję się kulturą oraz mitami słowiańskimi. Są one niezwykle ciekawe i to opowiadanie zawiera kilka z nich.
 Zapraszam do czytania! 
...


Nocny Taniec
Opowiem wam historię o pewnym człowieku, który nocą wybrał się do lasu i nigdy z niego nie wrócił. Moja opowieść zaczyna się w momencie, kiedy słońce zniknęło zza horyzontem. Młody mężczyzna przechadzał się leśną ścieżką. Ubrany był w ciemne, lniane ubrania. Włosy miał czarne jak smoła, a oczy odcienia najciemniejszych głębin oceanu. Mieszkał w pobliskiej wsi i zajmował się kowalstwem. Wszyscy ludzie go uwielbiali... Nikt się na niego nie skarżył... Mężczyzna ten zwał się Vrah...
Wolnym, spokojnym krokiem przechadzał się w dzień po lesie, a nim się obejrzał nadeszła noc. Vrah  uznał, że skoro zna ten las od maleńkości nie zgubi się w nim nawet w nocy. Dlatego kontynuował swoja wędrówkę, nie zważając na czyhające na niego niebezpieczeństwa.
Kiedy nastawała noc, demony lasu budziły się do życia. Aitwary – demony wiatru, przypominające skrzydlate węże z rozłożystymi ogonami. Demony te potrafiły służyć ludziom - pilnowały gospodarstw szybując wysoko na niebie. Ale bywały też złodziejami - nie pogardzały żadna zdobyczą. Kiedy latały obładowane swoim łupem z ich skrzydeł wylatywały iskry – swoim wyglądem przypominały spadające gwiazdy...
 Groźne, nieobliczalne Biesy – olbrzymie człekokształtne istoty. Posiadały długie, nieproporcjonalne dłonie oraz nogi zakończone długimi ostrymi jak brzytwa pazurami. Były one czystym uosobieniem zła - często zsyłały na ludzi przeróżne klątwy, a zagubionych wędrowców rozszarpywały na strzępy.
Równie straszny, a może i bardziej był demon powietrzny - Ćmok. Jego gigantyczne, przypominające skrzydła nietoperza, pełnia zwierzęcej siły sylwetka. Ostre zakrzywione kły. Małe czerwone oczy. To on potrafił napędzić podróżnym stracha, kiedy zniżał lot i można go było zobaczyć w całej krasie.
Można by w nieskończoność opisywać demony zamieszkujące tamtejsze lasy, ale to nie te spotkał nasz bohater. Zlekceważył wszystkie nauki jakie nauczono go w dzieciństwie.
" Nigdy nie chodź w nocy do lasu."
"Jeśli znajdziesz się w nocy po za domem, miej w kieszeni kostkę soli – ona odstrasza demony."
"Pamiętaj - jeśli spotkasz na swej drodze demona – UCIEKAJ"
Wszystkie te słowa oraz wiele więcej nasłuchał się w dzieciństwie od swojej bogobojnej matki. Vrah nigdy na oczy nie widział demonów, więc uważał je za bajkę dla niegrzecznych dzieci, ale jeszcze nie wiedział jak bardzo się pomylił. Nie wiedział jak będzie okropnie cierpieć i błagać o śmierć...
Księżyc oświetlał lekko ścieżkę, którą nasz wędrowiec kroczył. Intrygował go las, a w szczególności nocą. Jego mroczna aura jaką wtedy roztaczał. Tajemnice jakie skrywał... Piękno jakie w sobie ukrywał.
Vrah przysłuchiwał się cichemu pohukiwaniu sów, które co jakiś czas zakłócało wszechobecną ciszę. Szelest liści... Dla uszu Vraha stanowiły melodię  idealną... perfekcyjną... Vrah kochał porządek, czystość, perfekcję, a jego życie to odzwierciedlało.
Mężczyzna stanął na środku drogi, zamykając oczy i wsłuchując się w muzykę jąka tworzył las. W oddali pojawił się jakiś nowy dźwięk, który był inny niż reszta. Nie pochodził od natury. Vrahiem zawładnęła najczystsza ciekawość - najbardziej zgubna  i zarazem przydatna cecha każdego człowieka. Postanowił sprawdzić skąd pochodzi owy nieznany dźwięk. Tutaj nasz bohater złamał kolejna zasadę:
" Nigdy nie zbaczaj z leśnej ścieżki, bo droga którą obierzesz zaprowadzi cię do grobu."
Im dalej oddalał się od drogi, tym las stawał się mroczniejszy i dzikszy. W wielu miejscach z ziemi wychodził korzenie drzew... Gałęzie rosły nisko, tworząc drewniane ściany nie do przejścia. Wysoka trawa, w której mogły czaić się biali ludzie. Były one dalekimi kuzynami krasnoludów, ale w przeciwieństwie do nich były paskudne i okropnie wredne. Jeśli ktoś wszedł w lesie w kałużę, biali ludzie chowali się w fałdach ubrania i czekały... Czekały, aż człowiek zaśnie i wtedy ruszały do akcji. Przez nos oraz usta dostawały się do środka "nosiciela", powodując okropne choroby żołądka - febrę, białaczkę, malarię...
Po kilku długich minutach, mozolnej wędrówki ujrzał w oddali  słabą poświatę. Przyśpieszył kroku. Z każdym pokonywanym metrem, zachwycający dźwięk był coraz głośniejszy, aż przerodził się w uwodzicielską muzykę. Vrah wyszedł z wielkiego gąszczu krzaków, który dzielił go od hipnotyzującego światła. Odgarnął ostatnie gałęzie i ujrzał niewielką polanę, a na niej kobiety. Niewiasty miały cerę białą jak porcelana, która idealnie kontrastowała z ich długimi, zielonymi włosami. Odziane były w śnieżnobiałe, lekkie suknie sięgające ziemi. Skąpane w blasku księżyca oraz jego towarzyszy – gwiazd tańczyły swój ekstatyczny taniec. 
 Można je było określić tylko jednym słowem, ale nawet ono nie odzwierciedlało ich bajecznego uroku.
- Nieziemskie - rzekł Vrah, wchodząc na polanę. Kobiety zatrzymały, patrząc na przybysza. Jedna z nich podeszła do mężczyzny, bacznie mu się przyglądając. Przez krótką, prawie niezauważalną chwilę jej oczy błysnęły czerwienią. Uśmiechnęła się lekko, ukazując białe jak śnieg zęby. Jedną ręką bawiła się swoimi włosami, okręcając je na palcu. Podeszła bliżej do Vraha. Ich twarze dzieliły zaledwie centymetry. Mężczyzna onieśmielony bezpośredniością kobiety nie śmiał się ruszyć nawet o milimetr.
- Może zechce pan do nas dołączyć? - szepnęła do ucha mężczyzny. Jej głos był jak najczystsza nuta. Perfekcyjny  jak śpiew słowika.
Mężczyzna bez zastanowienia zgodził się. Chwycił wyciągniętą rękę białogłowy i ruszył z nią na środek polany. Vrah podejrzewał, że jej skóra będzie delikatna, ale nie aż tak. W dotyku przypominała najwyższej jakości jedwab -taka gładka. Bez najdrobniejszych ran, czy znamion. Te kobiety były idealne w każdym calu.
Niewiasty rozstąpiły się. Ustawiły się w okręgu wokół Vraha i kobiety. Zaczęły swój taniec. Ich ruchy były płynne. Eksponowały swoje ciała w ekstatycznych pozach. Każdy ich ruch był przepełniony pewną dziwną energią. Każda niewiasta zdawała się tańczyć indywidualnie, ale kiedy ktoś by się im uważniej przyjrzał, spostrzegłyby, że razem tworzą jedność.
Vrah stał na środku, przyglądając się hipnotyzującemu pokazowi. Odzwierciedlał on wszystko to co mężczyzna uznawał za najważniejsze - ład, harmonię, doskonałość.
Białogłowa obok mężczyzny chwyciła go za ręce, patrząc głęboko w oczy. Vrah czuł się inaczej. Czuł w sobie ciepło, którego nigdy wcześniej nie zaznał.
Kobieta nachyliła się szepcząc mu do ucha.
- Tańcz - powiedziała melodyjnym głosem.
Powoli zaczęli tańczyć. Najpierw spokojnie, a potem coraz szybciej, energiczniej, ale dalej z gracją. Niewiasta objęła mocniej ramionami mężczyznę. Zbliżyła do niego swoje lico... Vrah myślał, że złoży ona na jego ustach anielski pocałunek. Ale w tym momencie, kiedy kobieta odepchnęła go gwałtownie jego sen zmienił się w koszmar. Przybysz wylądował pod stopami tańczących kobiet. One dalej tańczyły, nie zwracając uwagi na mężczyznę pod ich nogami. Były jak w amoku... Vrah poczuł jakby maszerowało po nim stado rozwścieczonych koni.
Silne, rytmiczne uderzenia miażdżyły jego kości, organy. Ból jaki czuł w tej chwili był nieporównywalny z niczym co wcześniej czuł. Połamane kości wbijały mu się we wnętrzności, a kobiety nadal tańczyły. Czuł w przełyku ciepłą ciecz, która utrudniała mu oddychanie. Kolejne uderzenie... i kolejne... i tak w kółko... Końskie kopyta z impetem uderzały w jego ciało. Dźwięk łamanych kości, idealnie współgrał ze śpiewem kobiety w środku okręgu. Kolejny trzask... Vrah wziął wdech, a przynajmniej próbował. Z jego ust pociekła wąska strużka krwi. Mężczyzna oddychał coraz płyciej... Modlił się, aby ten koszmar się już skończył,  żeby przestały...
- Błagam... - szepnął słabym głosem, krztusząc się swoją własną krwią. W odpowiedzi usłyszał tylko makabryczny, mrożący krew w żyłach śmiech, który odbijał się echem po lesie.
Wtedy nasz bohater zdał sobie sprawę z kim miał do czynienia. Wiły - piękne, urodziwe demony. Istoty te potrafiły zatańcować bądź stratować zagubionego wędrowca.
Vrah czuł nadchodzącą śmierć. Zbliżała się wielkimi krokami. Senność, która go ogarnęła spowodowała, że ból powoli ustępował. Jego oczy zwolna się zamykały. Ostatnie co ujrzał to końskie kopyta tańczące nad nim oraz melodyjny głos.
- To dopiero początek...
Koło południa odbył się pogrzeb. Nad grobem nieszczęśnika stał tylko ksiądz. Znajdował się po za bramami cmentarza z dala od wioski.
-… z prochu powstałeś i w proch się obrócisz. - zakończył ksiądz ponuro. Pochował nieszczęśnika tylko ze względu na jego zmarłą matkę, która była jego przyjaciółką. Westchnął ciężko, spoglądając na grób. Po raz ostatni odczytał krzywo przywieszoną tabliczkę.
 "Vrah Kowal
Ur. 12.03.1685r. - Zm. 22.06.1718r.
Tutaj spoczywa okrutny morderca, który nigdy nie przekroczy bram Wyraju"
Życie Vraha nie było takie idealne jak tego chciał. Chociaż był najlepszym kowalem w mieście. Wszyscy go kochali. Ale jego żona i dwójka małych dzieci... One niebyły idealne, perfekcyjne. Zabił je w amoku szaleństwa. Nie miał wyrzutów sumienia. Uznał, że uczynił je teraz idealnymi... Dokonał tego w przeddzień swojej śmierci.
Pewnie myślicie, że jego nader okrutna śmierć była wystarczającą karą, ale mylicie się.
Kiedy nadeszła noc, po opustoszałym cmentarzu przechadzała się niska, zgarbiona starowinka. A przynajmniej tak wyglądała z daleka. Gdyby ktoś się jej bliżej przyjrzał, ujrzałby olbrzymie kolce, wychodzące z jej pleców. Długie, owłosione, nienaturalne palce. Tłustych włosy okalające jej parchatą twarz. Była to cmentarna baba, która wykopywała ciała zmarłych i taszczyła ze sobą, dręcząc uwięzione w nich dusze.

Pewnie już się domyślacie co stało się z naszym bohaterem i macie rację. Baba wykopała jego ciało, oglądając je uważnie. Uśmiechała się przy tym obnażając zakrzywione zęby. Odrąbała głowę Vraha i wzięła ze sobą. Właśnie w tym momencie zaczął się prawdziwy koszmar mordercy. A wszystko zaczęło się od morderstwa, które wydarzyło się nocą.

środa, 22 lutego 2017

Strach

Dzisiaj lekka odmiana.
Wczoraj przez pewną rozmowę przypomniało mi się o moim wierszu. Jedyne rymowany wiersz jaki napisałam i najprawdopodobniej jedyny. Zainspirowany przez strachy z dzieciństwa.
A rysunki dotyczą creepypasty, którymi interesuję się od gimnazjum. 
Byłam chora, leżałam w łóżku i nudziłam się. W tablecie ojca natrafiłam na historię Slenderman'a i się zaczęło. 



"Strach"
Kiedy ostatni promień światłą zgaśnie,
ciemna i ponura noc nastanie.
W ciemnych pokoju zakamarkach,
kryje się nocna mara - strach.
Czeka, aż zaśniesz,
kiedy czujność stracisz.
Wyjdzie z ukrycia i podejdzie powoli,
nie możesz stracić kontroli.
Słyszysz szmery  i kroki niemrawe,
ona zbliża się i widzisz oczy migotliwe,
trójpalczaste dłonie z długimi pazurami,
głowę z ostrymi rogami.
Czujesz jak wchodzi na łóżko,
aż oddychać ciężko.
Owładnięty strachem,
mara z ciemnością za pan bratem,
ciągnie cię w otchłań mroku,
nikt nie usłyszy cię cię w tym amoku.


Slenderman

Proxy
(Ticci Toby, Hoody i Masky) 

Kagekao
(Dopiero teraz zauważyłam, że na rysunku źle napisałam jego imię.)

wtorek, 21 lutego 2017

Zapomniana Wytrwałość - Rozdział II


Spis Treści
Rozdział II (obecnie czytany)
Rozdział III
Rozdział IV
Rozdział V
Rozdział VI



Rozdział II - Strach 

Może się wam wydawać, że za bardzo odszedłem od historii. Ale dzięki temu dowiecie się, czemu podchodziłem do Kath tak sceptycznie. Po prostu nie chciałem, żeby kogoś skrzywdziła. Ale wracając do mojej opowieści.  
Po obiedzie z moim bratem, postanowiłem pójść do Ruin.  
- SANS,  ZNOWU IDZIESZ DO RUIN? -  zapytał mnie Papyrus jak stałem w drzwiach.  
Kłamstwo jakoś mi nie przeszkadzało,  nie powodowało u mnie wielkich wyrzutów sumienia. Jeśli wiedziałem, że ktoś poczułby się źle znając prawdę nie mówiłem jej,  bądź ją trochę naginałem. 
Ale inna sprawa jak oszukiwałem brata albo ojca. Pierwszy z nich powodował u mnie ogromne poczucie winy, a ten drugi znał mnie na wylot.  
- Do Grillbiego - odrzekłem. Czułem jak moje kłamstwo pełznie mi po plecach. 
 Papyrus nie mógł wiedzieć, że idę do Ruin. Nie chciałem, aby się martwił. A Grillby był dobrą wymówką. 
Był ode mnie starszy o trzy lata. Grillby często pomagał swojemu ojcu w barze w Snowdin. Chłopak w przyszłości chciał przejąć bar, więc starał się zaimponować ojcu. Przechodziłem do niego pogadać, pochodzić po Podziemiu. Jak na ognistego potwora lubił zimę oraz śnieg. Takie trochę ironiczne, ale cóż poradzić.
Był i nadal jest moim przyjacielem. Od zawsze wiedziałem, że mogę mu ufać, ale jak byłem dzieckiem nie potrafiłem powiedzieć mu wszystkiego. Nie chciałem nikogo obarczać swoimi problemami. Jednak on to rozumiał. Teraz nie mam przed nim tajemnic. Ale wracajmy do historii.  
- NIE KŁAMIESZ MNIE? PAMIĘTASZ CHYBA CO SIĘ STAŁO JAK OSTATNIO TAM POSZEDŁEŚ? - ciągnął dalej Papyrus 
Westchnąłem ciężko.  Pewnie, że pamiętam. Złamanie kości łokciowej z przemieszczeniem. Ojciec długo nie pozwolił mi o tym zapomnieć. Miałem szlaban na dwa miesiące. Chodziłem tylko do szkoły nigdzie indziej. Zostały mi też skonfiskowane książki astronomiczne. Ojciec wiedział jaką dać mi karę, abym na długo nie chodził do Ruin. Pół roku... Tyle mnie tam nie było. Ale nie marnowałem czasu. Uczyłem panować się nad moją magią, byłem lepiej przygotowany niż ostatnio.  
- Nie masz czasem szkiele-tonę pracy domowej? - zapytałem z uśmiechem.  
- NIE CIERPIĘ TWOICH ŻARTÓW! - tupnął że złością Papyrus. - IDĘ DO POKOJU!  
Jak uniknąć uciążliwych pytań Papsa? Opowiedzieć jakiś żart. To zawsze się sprawdza. Wziąłem mój niebieski polar i wyszedłem na dwór. 
 Szkielety inaczej czuły zmiany temperatur. Mógłbym nie chodzić w zimowej kurtce. Dopiero po kilku godzinach mój organizm wychodziłby się. Ale lubiłem mój polar. Dostałem go na Święta od ojca. 
Po drodze do Drzwi Ruin spotkałem kilka potworów. Nie zwrócili na mnie zbytniej uwagi. Wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Rodzice szli odebrać swoje pociechy ze szkoły. Inni dalej pracowali albo dopiero zaczynali swoją zmianę. O wcześniejszy powrót ojca nie musiałem się bać. Od jakiegoś czasu przesiadywał po godzinach w laboratorium. Kilka razy słyszałem, że potrzebuje asystenta, lecz nie ma kiedy go znaleźć. 
Mojej kandydatury nawet nie wziął pod uwagę... Eh...  
Spokojnie doszedłem do Drzwi. Ogromne wrota w skale. Musiałem użyć dużo siły, aby je otworzyć. Zostawiłem je lekko uchylone, abym nie miał problemu z ich ponownym otwieraniem. 
Raz przez śnieżycę zamarzły, a ja utknąłem w Ruinach. Musiałem czekać, aż odtają. Na szczęście udało mi się wtedy wrócić przed ojcem do domu. Ale znowu za bardzo odbiegłem, więc...  
Znalazłem się w starej części Podziemia zwanej też Starym Miastem.  
Znajdowałem się na skarpie górującej nad Ruinami. Roztaczał się przed mną zniewalający widok. 
Stare domy porośnięte bluszczem. Rośliny wychodziły z okien, drzwi oraz każdej najmniejszej szpary. Niektóre domostwa pozbawione były dachów przez ogromne drzewa. Kiedyś wydrukowane ulice,  teraz z pomiędzy kostek wyrastała trawa. Korzenie drzew wychodziły na drogę, zniekształcając ją.  
Szybko zszedłem na dół po skalnych schodach. Były szerokie, otoczone barierką. Nie miałem z tym problemu. W Mieście też nie było kłopotów. 
Tym razem nie wchodziłem do mieszkań. To właśnie w jednym z nich złapałem sobie kość. Nie ma czego opowiadać wszedłem na piętro, a podłoga była spróchniała. Raczej nie muszę mówić jak się to skończyło...  
Miasto widoczne ze skarpy wydawało się nie mieć końca, ale tak naprawdę nie równało się z Stolicą. Przybycie miasta zajęło mi niespełna ponad godzinę.
I pojawiła się najgorsza cześć całej podróży - korytarze z pułapkami.  
Niektóre zagadki były proste, a niektóre prawie niemożliwe do wykonania. Chyba, że użyje się trochę magii.  
Właśnie próbowałem przejść jedną z takich pułapek. Polegała ona na przejściu przez kładkę, która znajdowała się nad porywistą rzeką. Ale nie to stanowiło problem, a były nim wysuwające się kolce.  
Kiedy ktoś nadepnął na płytę, wyskakiwały ostrza. A przełącznik znajdował się po drugiej stronie rzeki. Do tego jeszcze płyty były niezwykle czułe.  
Ale od czego ostatnio ćwiczyłem magię. Wysunąłem rękę przed siebie. Przywołałem swoją magię. Wokół mojej ręki pojawiła się niebieska poświata. Teraz wystarczy otoczyć magią wajchę. Niebieska magia otuliła przełącznik i... Udało się!  
Mój trening opłacił się. Ostrożnie nadepnąłem na pierwszą płytę. Przezorny zawsze ubezpieczony. Usłyszałem kliknięcie i nic się nie stało. Westchnąłem z ulgą. Jakoś nie widziało mi się zostanie  kościoszłykiem. Zrobiłem kilka kroków naprzód, kiedy usłyszałem czyiś krzyk. Zaskoczyło mnie to bardzo, ponieważ dochodził on z korytarza za mną, a nie z Kwiatowej komnaty.  
Szybko pobiegłem do poprzedniej komnaty.  
- SANS! RATUJ! - usłyszałem krzyk Papsa. 
Rozejrzałem się po komnacie. Podłoga w większości porośnięta była czerwonymi kwiatami.
Papyrus musiał wejść na kwiaty, aktywując zapadnie pod nimi. Pobiegłem do krawędzi. I zauważyłem mojego brata z trudem się utrzymującego. 
Ludzie powiedzieliby, że czują rosnącą w ich żyłach adrenalinę. Ale ja... nie mam serca... ani żył...  Chociaż czułem coś podobnego. Moje kości przeszedł dreszcz. Dreszcz strachu o Papyrusa. Migiem znalazłem przy nim. Widziałem jego zalaną łzami towarzyszkę. Ogarnęło go istne przerażenie. Ledwo trzymał się swoimi małymi rączkami krawędzi. 
Musiałem działać. Niewiele myśląc chwyciłem go za nadgarstki. Zacząłem podciągnąć go do góry. Ale był za ciężki. Jego ręce powoli wyślizgiwały się z mojego uścisku. Gorączkowo myślałem co zrobić. I jaki ja byłem głupi! Magia! Natychmiast skupiłem swoją energię na Papsie. Myślałem, że będzie trudno. I było. Niebieska poświata otworzyła mojego brata. To był najłatwiejszy etap. 
Teraz trzeba było przejść do czegoś bardziej wymagającego. Musiałem skupić się o wiele bardziej niż przy przełączniku. Westchnąłem. Podciągałem Papsa powoli, wspomagając się magią. Czułem jak z każdą minutą... Nie... Sekundą... Wszystkie siły ulatują ze mnie. Każda sekunda stawała się dla mnie minutą... Ale to było tylko złudzenie. Tak naprawdę wyciągnąłem go po kilku sekundach.  
Papyrus zapłakany leżał obok mnie. Kątem oka spojrzałem na niego, upadając na ziemię z wycieńczenia. Użyłem tego dnia za dużo magii. Przy kilku pułapkach i ratując Papyrusa. Oddychałem ciężko, zastanawiając się jak udało się młodemu przejść przez korytarze nie używając magii. Był dzieckiem i nie za dobrze nad nią panował. Ale z drugiej strony nie miałem czemu się dziwić. On zawsze był bystry oraz spostrzegawczy.
Po co tu przyszedłeś? - zapytałem Papsa, kiedy mój oddech się uspokoił.  
Czułem się ogromnie wyczerpany. Strasznie chciało mi się spać. Naprawdę zużyłem za dużo magii. 
- MÓGŁBYM ZAPYTAĆ CIEBIE O TO SAMO - odrzekł Papyrus patrząc na mnie z wyrzutem.  
Po jego policzkach nadal leciały łzy. Podniosłem rękę, wybierając je. Szybko chwyciłem go za czaszkę, przyciągające do siebie. Uśmiechnąłem się, patrząc na mojego brata, wtulającego się we mnie.
 - Masz mnie bracie.  - Podniosłem się do pozycji siedzącej, nadal przytulając Papsa. - Lepiej wróćmy już do domu. - Papyrus słysząc te słowa, wstał gotowy do drogi. -  Ale pamiętaj ani słowa ojcu.  
Paps pokiwał głową. On też nie chciał dodatkowo martwić taty.  
Nagle młody... Jak to powiedzieć... Ludzie rzekliby, że zbladł że strachu... Ale my nie mamy skóry. Można rzec, że jego oczy powiększyły się ze zdziwienia oraz strachu. Wyglądał jakby zobaczył coś naprawdę przerażającego.  
- Papy, co Ci... - Nie dokończyłem, ponieważ poczułem na ramieniu czyjąś rękę. 
 Miałem źle przeczucia co do tego. Powoli podniosłem głowę, aby zobaczyć tego kogoś.  
- Czego macie mi nie mówić? - powiedział surowym głosem ojciec, kiedy zadarłem głowę do góry. Jedyne co mi przyszło na myśl to, że będziemy mieć naprawdę zły czas. - Lepiej wyjaśnijcie mi co wy tutaj robicie?  
- Zwiedzamy? - powiedziałem niepewnie wstając.  
- Sans! Nie kłam! Im szybciej powiesz prawdę, tym lepiej dla was! - podniósł na mnie głos ojciec.  
- Ale nic nam się nie stało! - krzyknąłem na ojca.  
- Czy nie wyciągałeś przed chwilą Papyrusa?! Widziałem was kilka chwil temu jak leżeliście na ziemi przerażeni! - krzyczał ojciec. - Sans! Co by było jakby spadł! A ty razem z nim! Pomyślałeś chociaż o tym jak go ze sobą brałeś?!  
- Ale ja...  
Kłóciłem się wtedy z ojcem. Oboje byliśmy bardzo zaangażowani w naszą sprzeczkę. Krzyczeliśmy na siebie. Gestykulowaliśmy. Gdyby wtedy któryś z nas zauważył oddalającego się Papyrusa. 
Może wszystko wyglądałoby inaczej. Kilka minut później usłyszeliśmy czyiś krzyk... Huk... A potem Papyrusa 
- Tato!  
Spojrzeliśmy z ojcem na siebie. Byliśmy pełni przerażenia. Paps znajdował się w kwiatowej komnacie z człowiekiem.